Тэставае паведамленьне - трэба паставіць flash player






EGZEMPLARZ BEZPŁATNY, NAKŁAD: 30 EGZEMPLARZY, RZEP CZERWIEC `11

Oto siódme wydanie gazetki w tym roku szkolnym.
W tym numerze:
W tym numerze Autograf i życzenia dla naszej Redakcji od Marcina Mallera.

3. Dzień otwarty 4. Konstytucja 3 maja 5. Zmagania z ortografią 6. Konkurs o Osieckiej "Pogoda na szczęście" 7. Ślub stulecia 9. Dzień dziecka 10. Uczmy się języków obcych 11. Dzień ojca 12. Wsiąść do pociągu... i zakrzyknąć: Gamardżoba, Sakartwelow! 14. Historyk, podróżnik, naczelny... 16. I była kobieta 17 Stanisław Filipowicz 19. Z pamiętnika maturzystki... 22. Szkoła to jeden z etapów życia człowieka 23. Małe ziarenko zła - nieporozumienie 24. Droga ucieczki 25. Żegnaj Ero, witaj T - Mobile! 27. Małysz w Dakarze 28. Wakacje Źródło foto. na okładce: p. Agnieszka Chmielewska Dzień otwarty
Dzień otwarty w naszym liceum odbył się 20 kwietnia. Zaprosiliśmy do nas uczniów gimnazjum w Dzierzgoniu, Przezmarku oraz Starym Targu.
Z życia szkoły

Zwiedzanie uczniowie rozpoczęli na świeżym powietrzu. Na tyłach szkoły spotkali się z historią oraz fizyką. Obejrzeli rycerskie walki oraz średniowieczne tańce, a następnie została im zaprezentowana „wodna rakieta” przygotowana przez nauczyciela fizyki oraz jego uczniów. Po obejrzeniu doświadczenia gimnazjaliści wzięli udział w grze „głuchy telefon”, który polegał na powtórzeniu wynalazku Bella. Kolejnym etapem zwiedzania była sala sportowa, gdzie poza prezentacją szkolnej siłowni odbył się pokaz tańca towarzyskiego oraz nowoczesnego, przygotowanego przez klasy II A i II B LO. Następnie, goście zostali oprowadzeni po bibliotece i sekretariacie, aby już teraz wiedzieli, gdzie zanieść podanie o przyjęcie do szkoły oraz gdzie można wypożyczyć ciekawe książki. W końcu nadszedł czas na zabawę. W klasie języka angielskiego odbyły się ćwiczenia na tablicy interakcyjnej. W sali matematycznej odbywało się rozwiązywanie ciekawych rebusów i zagadek, a w klasie, w której odbywają się na co dzień lekcje biologii, można było obejrzeć różnego rodzaju preparaty oraz sprawdzić jak wygląda pod mikroskopem, to czego nie widać gołym okiem. Sala języka polskiego przemieniła się w kawiarenkę kulturalną, w której zawisła cała historia Rzepa. Dzięki laptopom można było obejrzeć internetowe wydanie gazetki lub pograć w gry edukacyjne. Rozdawano nawet darmowe egzemplarze specjalnego wydania gazetki. Po wspólnej zabawie nadszedł czas na posiłek - goście udali się do pracowni gastronomicznej, gdzie poczęstowani zostali pizzą oraz rogalikami, zrobionymi przez uczniów technikum gastronomicznego. Po zjedzeniu przekąsek udali się do starego budynku szkoły, gdzie pokazano im między innymi pracowni, w której znajdują się modele silników i układów, będących częściami składowymi samochodu oraz pracownię turystyczną, a na sam koniec wystąpił przed nimi kabaret ze skeczem pt. „Szkolne menu”, który przygotowali oczywiście uczniowie naszej szkoły. Program zwiedzania, który został zaplanowany przez nauczycieli, był udany. Gimnazjalistom bardzo podobało się zwiedzanie naszej szkoły i mamy nadzieje, że w przyszłym roku zostaną oni jej uczniami. Alicja Berk Ewa Żołądź Konstytucja 3 maja
Dzień 3 maja nie powinien nam kojarzyć się wyłącznie z długim weekendem, ale przede wszystkim z ważnym wydarzeniem dla naszego kraju.
Z życia szkoły

3 maja – dzień bardzo dobrze nam znany. Może nam się kojarzyć, jak już wspomniałem, z długim weekendem, odpoczynkiem, ale przede wszystkim powinien być rozpoznawany jako dzień uchwalenia Konstytucji 3 maja. Dokument ten został podpisany w 1791 roku jako pierwsza konstytucja w Europie, a druga na świecie. Z tej oto okazji uczniowie z klasy II B LO, pod wodzą pana Piotra Podlewskiego, postanowili uczcić to święto i przedstawili scenkę z życia szlachty z tamtych czasów. Przedstawienie zostało wystawione w kościele, dzięki gościnności księdza proboszcza, a także w naszej szkole. Każdy widz z uwagą obserwował to wydarzenie, chełpiąc się dumą i radością, że jest Polakiem. Sztuka wyszła bardzo dobrze, fantastycznie oddając powagę sytuacji. To nie jedyny sposób na oddanie cześci tamtym wydarzeniom. Jest wiele sposobów, na które można spełnić swój obywatelski obowiązek. Mariusz Gwiazdowski Zmagania z ortografią
Jak ważne jest poprawne pisanie wie każdy uczeń szkoły średniej. Ci najlepsi zmagali się w konkursie, aby sprawdzić swoje możliwości – a okazja była nie mała.
Z życia szkoły

W czwartek, 6 kwietnia w szkolnej bibliotece odbył się Powiatowy Konkurs „Mistrz Ortografii”, w którym udział wzięło szcześcioro uczniów z dzierzgońskiego i sztumskiego liceum. Naszą szkołę reprezentowali: Paweł Lange (II B LO), Marcin Rudzki (II B LO) oraz Martyna Maczyszyn (z ówczesnej klasy III B LO). Uczniowie mieli do przebycia kilka konkurencji między innymi; napisanie dość długiego dyktanda, wypełnienie na specjalnej stronie internetowej luk z brakującymi literami czy ułożenie zdania z rozsypanki. Wytężanie mózgów sześciorga młodych ludzi trwało niespełna dwie godziny, a poziom zmagań był bardzo wysoki. Walka o pierwsze miejsce była niezwykle zacięta. Po ciężkich zmaganiach i stresie przyszedł czas na wyniki. Organizatorki, t.j. p. Agnieszka Hrynowiecka, p. Dorota Hul oraz p. Małgorzata Kraft ogłosiły oficjalne wyniki: 1 miejsce zdobyła, teraz już nasza absolwentka, Martyna Maczyszyn, 2 miejsce zajęła Anna Sabara, a na 3 miejscu uplasowała się uczennica sztumskiej placówki, Monika Kwiatkowska. Nagrodami dla uczestników były książki sponsorowane przez Zespół Szkół w Dzierzgoniu. Organizatorzy bardzo dziękują wszystkim uczestnikom, którzy zmagali się z nie lada wyczynami i zapraszają wszystkich uczniów obecnych i przyszłych, kiedy to odbędzie się kolejna edycja konkursu. Marcin Rudzki Konkurs o Osieckiej "Pogoda na szczęście"
Nasza szkoła ma największą wiedze na temat Agnieszki Osieckiej.
Konkursy

Na ten rok przypadły 75 urodziny znanej polskiej poetki i autorki piosenek napisanych dla wielu znanych piosenkarzy i piosenkarek polskich - Agnieszka Osiecka. Z tej okazji został zorganizowany Międzyszkolny Konkurs Wiedzy o życiu i Twórczości Agnieszki Osieckiej pt  "Pogoda na szczęście" w filii Wojewódzkiej Biblioteki Pedagogicznej w Malborku. Konkurs ten zorganizowały panie bibliotekarki z Malborka: pani Marlena Maja, pani Lidia Siwczyńska, pani Sylwia Śmieszniak oraz pani Maria Lubera-Stienss. Rywalizowało ze sobą sześć szkół: Zespoły Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1, 3 i 4 w Malborku, Zespół Szkół Ekonomicznych oraz Zespół Szkół Rzemieślniczych i Kupieckich z Tczewa i Zespół Szkół im. Cypriana Kamila Norwida w Dzierzgoniu. Uczniowie śpiewali piosenki Osieckiej, recytowali jej utwory, odgrywali scenki dotyczące życia Osieckiej i przedstawili montaż słowno - muzyczny. Uczniowie naszej szkoły w składzie Maciek Chracewicz, Martyna Maczyszyn i Natalia Mosiewicz zajeli pierwsze miejsce z maksymalną ilością punktów, drugie miejsce zdobyły uczennice Zespołu Szkół Ekonomicznych w Tczewie, a trzecie wywaliczyli w dogrywce uczniowie Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1 w Malborku. Nagrodami były m.in. tomiki poezji Agnieszki Osieckiej, pamiątkowe wejściówki do Muzeum Zamkowego w Malborku, breloki do kluczy oraz kosmetyki. Natalia Mosiewicz Źródło foto.: archiwum Uczmy się języków obcych!
Jak ważna jest nauka języków obców wie każdy, który chociaż raz musiał użyć innego, niż ojczysty.
Z życia szkoły

Język kluczem W dniach od 11 do 15 kwietnia bieżącego roku w Zespole Szkół w Dzierzgoniu została zorganizowana wystawa prac konkursowych "Język Kluczem". Organizatorkami konkursu były pani Joanna Mettel oraz pani Lucyna Dziewulska. Celem konkursu było: motywowanie uczniów do nauki języków obcych, rozwijanie wyobraźni oraz rozbudzanie ciekawości i wartości wobec innych kultur. Konkurs odbył się w trzech kategoriach wiekowych: szkoły podstawowe, gimnazjalne oraz ponadgimanzjalne. W kategorii szkół ponadgimnazjalnych nagrodzone miejsca zajęły: Magdalena Bujalska, Paulina Czwerenko oraz Manuela i Malwina Sarneckie. Uczennice otrzymały nagrody książkowe. Powiatowy Międzyszkolny Konkurs Języka Niemieckiego 15 kwietnia 2001 roku w Zespole Szkół w Dzierzgoniu odbył się Powiatowy Międzyszkolny Konkurs Języka Niemieckiego dla uczniów gimnazjów oraz szkół ponadgimnazjalnych. Organizatorkami konkursu były pani Joanna Mettel oraz pani Lucyna Dziewulska. Celem konkursu było pogłębianie wiedzy dotyczącej realiów krajów niemieckojęzycznych, kształcenie kompetencji językowych oraz podstawy tolerancji i akceptacji wobec innych narodów. Jedną z laureatek w kategorii ponadgimnazjalnych została uczennica naszej szkoły - Paulina Noiszewska. Alicja Berk Ewa Żołądź Ślub stulecia
29 kwietnia oczy ludzi z całego świata skierowane były na Wielką Brytanię. Książę William, wnuk obecnie urzędującej Królowej Elżbiety II poślubił księżną Cambridge Kate Middleton.
Wielki świat

Już w listopadzie ogłoszono zaręczyny, które wywołały istną sensację nie tylko w królestwie. Świat oszalał o na punkcie tego wydarzenia. Ich ślubny wizerunek pojawił się na herbacie, rękawiczkach, portfelach, powstało królewskie piwo oraz słodycze. Z miesiąca na miesiąc przygotowania szły pełną parą, coraz więcej faktów było ujawnianych, lecz tylko do samego końca nie wiadomo było jaki jest krój i kto jest projektantem sukni ślubnej panny młodej. Teraz już wiemy, że stworzyła ją Sara Burton. Książę William ubrany był w czerwony mundur Irlandzkiej Gwardii, przepasany niebieską wstęgą. Obrączka panny młodej została wykonana z grudki złota walijskiego, od razu stała się zatem hitem wśród kobiet na całym świecie, w końcu mieć kopię pierścionka księżnej to nie lada zaszczyt. Ślub odbył się w Opactwie Westminsterskim. Świadkami byli siostra Kate, Pippa Middleton oraz książę Henryk, brat księcia. Na tą wielką uroczystość zaproszono wiele znamienitych gości, między innymi: David i Victoria Beckhamowie, Elton John, Rowan Atkinson czy premier Wielkiej Brytanii, David Cameron. Kate podczas ceremonii ślubowała Williamowi miłość, pocieszenie, szacunek i wsparcie w chorobie i zdrowiu. Trasa całej ceremonii była bardzo szczegółowo zaplanowana i dopięta na ostatni guzik. Po oficjalnej uroczystości w świątyni para książęca udała się do pałacu Buckingham, gdzie na balkonie złożyli na swych ustach pierwszy, małżeński pocałunek. Później udali się na obiad do Królowej, po czym rozpoczęło się upragnione wesele. Zabawa trwała do 5 nad ranem, a goście bawili się między innymi przy takich rytmach jak You're the One That I Want. Wraz ze ślubem oboje otrzymali tytuł pary książęcej Cambridge. Dodatkowo księżna Kate otrzymała, wraz

Wielki świat

z tytułem, nowy herb. Cała ceremonia kosztowała podatników około 20 milionów funtów, jednak w wyniku kryzysu finansowego budżet państwa pokrył jedynie koszty ochrony. Para młoda spędziła po ślubie kilka dni w Wielkiej Brytanii, po czym wyruszyła w podróż poślubną na Seszele. Jak widzimy, ślub był, dosłownie, jak z bajki. Królowa, para książęca, wielka uroczystość transmitowana w mediach na całym świecie i piękne stroje to wszystko, o czym marzy niejedna dziewczyna. Życzymy zatem powodzenia oraz trwałości w związku, bo przy tym wielkim, medialnym wydarzeniu liczy się przede wszystkim miłość i szczęście młodej pary. Marcin Rudzki Paulina Czwerenko Dzień Dziecka
Każdy z nas czeka na ten dzień. Zobaczcie jak my go obchodzimy.
Święto

Dzierzgoń, choć jest małym miasteczkiem, to dba o to, by nie brakło rozrywki. 27 maja 2011 odbył się festyn rodzinny z okazji dnia dziecka. Od wczesnych godzin przedpołudniowych dzieci mogły brać udział w wielu zabawach, które zapewniali organizatorzy. Nie obyło się bez malowania twarzy i salonu fryzur. Tańczyła grupa taneczna Dzierzgońskiego Ośrodka Kultury o nazwie „Seven”. Uczennice z naszej szkoły także zaprezentowały zebranej widowni tańce szkockie. Na festynie nie mogło zabraknąć magicznych popisów w wykonaniu iluzjonisty. Dzieciaki były zachwycone, nawet dorośli patrzyli z niedowierzaniem na sztuczki, wykonywane przez magika. Niektórzy mieli szansę doznać odrobiny czarów. Mianowicie mogli wziąść czynny udział w występie. Po minach widać było, że jest to dla nich zaskoczenie, gdyż w normalnym świecie nic takiego się nie zdarza. Następnie przedszkolaki prezentowały nam swoje talenty - każdy był uśmiechnięty od ucha do ucha. Gwiazdą Festynu była Majka Jeżowska, która również zaprezentowała dobrze nam znamy repertuar. Piosenkę „A ja wolę swoją mamę” znał każdy i podśpiewywał ją pod nosem. Po artystce prezentowała się grupa z naszego Zespołu Szkół – PSWP Skład. Chłopcy zaserwowali publiczności sporą dawkę muzyki hip - hop. Następnym zespołem była "N Tro Pia", zespól ten ukazał zarówno rytmy punkowe, jak i rockowe. Młodzi muzycy przypadli publiczności do gustu. Ostatnią atrakcją festynu był pokaz Fire Show. Publiczność z zaciekawieniem oglądała popisy „poskramiaczy" ognia którzy, Wszyscy byli uśmiechnięci i zadowoleni. Magdalena Bujalska Dzień ojca Sprostowanie

Święto

Dzień Ojca to czas, w którym my  dzieci, mamy okazję podziękować swoim tatusiom za podarowane nam życie i powiedzieć, jak bardzo ich kochamy. Tata to ten mężczyzna, który nosi nas na „barana”, robi nam „samolot”, naprawia rowerek czy pomaga przy wbiciu gwoździa. Bez niego wszystkie proste, codzienne czynności byłyby utrapieniem. Nieważne czy jesteś malcem czy masz już naście lat, przytul się do ojca i wyszeptaj na ucho miłe słowo! Choć to święto nie tak znane jak Dzień Matki, tatusiowie również zasługują na pamięć! W Polsce od 1965 roku święto to obchodzone jest 23 czerwca. Tatusiu kochany, często tak bardzo zapracowany, powinszowanie jak skrzypiec granie w dniu Twego święta dla Ciebie mamy - bo Cię kochamy! Szczęście na co dzień niech jest przy Tobie, jak dąb bądź zdrowy i silny. Obyś miał zawsze spokojną głowę, a do nas - dzieci nerwy stalowe. Cierpliwość świętą! Rękę nie ciężką! Wszystkim Tatom, w dniu ich święta, życzymy wszystkiego dobrego i oczywiście pociechy z dzieci. Trzymajcie się Tatusiowie ciepło i zdrowo! Paulina Czwerenko Źródło foto.: www.okolicznosciowy.pl Źródło foto.: www.wieszjak.pl Wyjaśnienie W artykule Dziewczęta piszą o miłości (Rzep Styczeń - Luty `11) błędnie poinformowaliśmy o tym, że autorką wiersza Wziąłeś książkę mojego życia... była Izabela Mazurek. Taką informację otrzymaliśmy od organizatora konkursu na najpiękneijszy wiersz o miłości. Za niezawinioną pomyłkę przepraszamy panią Ilonę Kubryn. Redakcja RZEPa W związku z tym zamieszczamy sprostowanie Izabeli Mazurek. Przepraszam panią Ilonę Kubryn za to, że przypisałam sobie autorstwo jej wiersza - Wziąłeś książkę mojego życia - który skopiowałam z bloga prowadzonego przez nią. Wiem, że naruszyłam Pani dobra osobiste. Serdecznie przepraszam. Izabela Mazurek Wsiąść do pociągu... i zakrzyknąć: Gamardżoba, Sakartwelow!
Czasami marzenia z dzieciństwa mogą spełnić się wiele lat później...
Tropem po książkach

Pamiętam, jakby to było wczoraj... Te czasy, gdy każdego niedzielnego popołudnia zasiadałam, jako ośmio-, dziewięcioletnia dziewczynka, przed telewizorem na godzinę i nie można mnie było w tym czasie od odbiornika odciągnąć. Powodem tego, wręcz magnetycznego, przyciągania był, pierwszy w historii polskiej telewizji, program typu reality-show, o nazwie "Agent". Nadawała go w latach 2000-2002 stacja TVN. Prowadzącym był, wowczas dziennikarz tygodnika Polityka, Marcin Meller. Już wtedy marzyłam o spotkaniu z nim. Ale to  o czym marzy się w dzieciństwie, rzadko kiedy zmienia się w fakt, więc na długi czas porzuciłam te myśli. Wszystko odżyło jakieś dwa miesiące temu, kiedy to  na fali, głośnego onegdaj, wpisu pana Marcina na portalu Faceook, miała odbyć się w programie "Drugie Śniadanie Mistrzów" debata artystów z premierem, Donaldem Tuskiem. I wtedy to - śledząc doniesienia zarówno z serwisów plotkarskich, jak i z oficjalnego profilu redaktora naczelnego "Playboy'a" - dowiedziałam się o pisanej przez niego oraz, jego małżonkę, Annę Dziewit - Meller, książceo nieco obco brzmiącym tytule - "Gaumardżos. Opowieści z Gruzji". Gdy pojawiły się doniesienia o spotkaniach z czytelnikami, zdecydowałam, że muszę na któreś pojechać. I tak przez moją głowę przewijała się najczęściej Warszawa, potem, ku mojej chwilowej radości, Elbląg - chwilowej dlatego, że spotkanie zostało odwołane. Aż w końcu stanęło na wyjeździe do Gdyni. Dotarcie do trójmiejskiej metropolii obyło się bez większych problemów, ale o osiągnięcie celu, jakim był najpierw gdyński Empik, a potem księgarnia sieci Wetbild, niegdyś znana jako Świat Książki, już było trudniej. Na szczęście, podchodząc do wszystkiego z uśmiechem, mogłam liczyć na pomoc przyjaźnie nastawionych mieszkańców miasta. W księgarni Weltbildu

Tropem po książkach

spędziłam chyba najwięcej czasu, czytając zakupione książki, wśród których znajdowało się również, wspomniane wcześniej, "Gaumardżos". Było to idealne schronienie przed upalnym słońcem, panoszącym się wszędzie na zewnątrz. W między czasie poznałam bardzo miłego studenta, z którym prowadziliśmy dość ożywioną dyskusję prawie do momentu rozpoczęcia spotkania. Była godzina 17 20. 10 minut przed rozpoczęciem zasiadłam na plastikowym krzesełku w pierwszym rzędzie. Obok mnie leżały dwa egzemplarze książki do podpisu, aparat i różne drobiazgi. Usłyszawszy głosy parę metrów za sobą, obróciłam się praktycznie natychmiast i zobaczyłam wchodzących pańswa Mellerów. Uśmiechnęłam się do siebie i cierpliwie czekałam. Punktualnie o 17:30 przemiła pani otworzyła spotkanie, podczas którego zadawała małżeństwu pytania, głównie związane z książką i ich, dość licznymi, pobytami w Gruzji. Z tego, co zaobserwowałam, byłam chyba najmłodszym uczestnikiem spotkania, ale specjalnie mi to nie przeszkadzało. Pytania i odpowiedzi przewijały się w rozmowie przez dobrą godzinę. Czasami z sali również padały pytania i komentarze od co odważniejszych osób, a ja robiłam zdjęcia. Wreszcie część oficjalna dobiegła końca i można było podejść, by otrzymać autograf na swoim egzemplarzu "Gaumardżos". Wstałam z krzesełka jako pierwsza i z szerokim uśmiechem podeszłam do stolika, przy którym siedzieli pan Marcin oraz pani Anna. Przyznam szczerze - język stanął mi kołkiem, ale wykrztusiłam z siebie to i owo. Złożyłam na ręce pani Anny wiersz, który napisałam specjalnie na tę okazję i usłyszałam parę naprawdę miłych słów. Mimo, iż czasu miałam dość niewiele, zaoferowałam się paru osobom jako fotograf, aż w końcu przyszła pora i na mnie - przemiła pani z księgarni "cyknęła" mi fotkę, a ja spytałam, czy mogę zawłaszczyć sobie ogromny plakat, który wisiał podczas spotkania na ścianie - oczywiście dostałam zgodę. Poprosiłam więc jeszcze dziennikarski tandem o podpisy i, spojrzawszy na zegarek, pospiesznie się żegnając, prawie wybiegłam ze sklepu. Był to jeden z najbardziej udanych dni w moim życiu i dowód na to, że jeśli dąży się do czegoś wystarczająco uparcie - może się to spełnić. Zwrot w tytule oznacza w języku gruzińskim "Dzień dobry, Gruzjo!" Martyna Maczyszyn Historyk, podróżnik, naczelny...
Wywiad z Marcinem Mellerem - dziennikarzem, publicystą, felietonistą, redaktorem naczlnym "Playboya" i podróżnikiem.
Wywiad numeru

RZEP: Studiował pan historię. Czy miało to wpływ na wybór obecnie wykonywanej przez pana profesji? Marcin Meller: To raczej studia były efektem moich zainteresowań, które pchnęły mnie do dziennikarstwa. Kiedy zaczynałem studiować w 1987 roku, jeszcze za nieboszczki komuny, historia przyciągała ludzi, którym Polska leżała na sercu. Nie przypadkiem obecni: prezydent, premier, marszałek sejmu i senatu to absolwenci historii. RZ: Jak zaczęła się pańska przygoda z zawodem dziennikarza publicysty? MM:  Tak jak Wasza :) Już w liceum redagowałem gazetkę szkolną, potem na studiach - nielegalny wówczas "Kurier Akademicki" Niezależnego Zrzeszenia Studentów, który wyklejaliśmy na papierze u mnie w piwnicy. RZ:  Przez długi czas pisał pan dla tygodnika Polityka. Jak wspomina pan tę współpracę? MM:  To było 12 genialnych lat. Byłem reporterem, zjechałem całą Polskę i pół świata, w samej Afryce spędziłem blisko dwa lata. Pisałem o politykach z pierwszych stron gazet, opisywałem wojny na Kaukazie i w byłej Jugosławii, jechałem do Göteborga z kibolami Legii Warszawa. RZ:  Szczególnie dużą popularność zyskał pan jako prowadzący, niegdyś cieszącego się dość sporym zainteresowaniem, reality show Agent. Czy poprowadziłby pan ten show ponownie, gdyby miał pan taką możliwość?

Wywiad numeru

Dlaczego? MM:  Chętnie. To była świetna zabawa. Jest taka gra towarzyska pt. mafia. A to była mafia za grube miliony, ze świetnie budowanym napięciem, emocjami, świetnymi ludźmi, których poznałem, jak np. Bartka Arłukowicza, lekarza, dziś posła na Sejm. RZ:  Od dwóch lat prowadzi pan w telewizji TVN 24 sobotni program Drugie Śniadanie Mistrzów. Z jakimi reakcjami spotyka się pan najczęściej po emisji odcinka? MM:  Ci co lubią, chwalą, a ci co nie, utwierdzają się w opinii, że jestem idiotą. Jak to w życiu :) RZ:  W jednym z marcowych odcinków Drugiego Śniadania Mistrzów wspomniał pan o swojej fascynacji Gruzją. Dlaczego właśnie ten kraj przyciągnął pańską uwagę? MM:  Jak pojedziecie, to zrozumiecie :) Piękne góry, cudowna stolica - Tbilisi, świetne jedzenie i wino, ale przede wszystkim najbardziej gościnni na świecie i kompletnie szaleni ludzie. 18 maja wyszła książka o Gruzji, która napisałem z żoną, Anią Dziewit pt. "Gaumardżos! Opowieści z Gruzji". To przeróżne historie od gruzińskiego biesiadowania, przez portrety naszych przyjaciół, po historie wojenne. Niektóre komiczne, mam nadzieję, inne wręcz tragiczne. Polecam serdecznie i jak nas zaprosicie, to wpadniemy do Waszej szkoły i Wam poopowiadamy różne anegdoty. RZ: Na koniec chciałabym jeszcze spytać, czy, jako człowiek sukcesu oraz cieszący się uznaniem w szerszych kręgach dziennikarz, ma pan jakieś wskazówki dla nas, młodych, którzy dopiero rozpoczynamy przygodę z mediami? MM:  Wiary w siebie, tupetu, grubej skóry, pasji, ciekawości świata, czytania, czytania i jeszcze raz czytania. RZ:  Serdecznie dziękuję za wywiad i życzę dalszych sukcesów zawodowych oraz udanego życia rodzinnego. Rozmawiała: Martyna Maczyszyn Źródło foto.: www.facebook.com/marcin.meller1

Opowiadanie

I była kobieta "Zwyczajnie na kilka chwil Przyszły deszczowe dni I myjąc z uporem świat Inne światło rzuciły na Smutek tych wszystkich dni (...) Niebo milczy a rzeki płyną Nim przeminą trzeba wierzyć w to, że Słońce żyje, lecz zza Kontury ciemnej chmury Kryje swą mądrą twarz" Marcin Rozynek - Deszczowe Dni Życie to bagno. Papramy się w nim bezustannie i nawet nie kiwamy palcem, żeby coś zmienić. Bóg dał nam wolną wolę, dał nam prawo wyboru, decydowania o swoim życiu. Czasem rzuca nam kłody pod nogi, jakby z nas drwił, ale mimo wszystko - MOŻEMY COŚ ZMIENIĆ! Możemy zmienić siebie, swoje życie! Tylko że my wkładamy nogi jeszcze głębiej. Bagno pochłania nas całych i sięga aż cebulek włosów. Wpadamy w monotonię, nie zauważamy sytuacji, które stwarzają nam warunki do poprawy swojego życia. A jednak - są wyjątki stanowiące regułę. I był taki mężczyzna, który wiosną budził się na nowo. Zaczynał życie - na nowo. Spoglądał w lustro - na nowo. Czuł się dobrze, gdy widział kwitnące pąki, denerwujące komary i roześmiane dziewczyny spacerujące zawsze w grupie. Uśmiechał się do siebie pod nosem i parskał cichym, stłumionym śmiechem. To było takie odruchowe, bezwarunkowe. Od kilku lat przeżywał wiosnę swojego życia i z każdym pierwszym przebiśniegiem czuł się jak dwunastolatek, który zachwyca się kolorowym, wielkim latawcem sunącym leniwie po niebie. Nie zawsze tak było. Jako nastolatek nienawidził życia, czuł smród na każdej ulicy. Smród zawiści, wrogości, lenistwa, śmierci... Smród fałszywych twarzy ludzi o wielkich uśmiechach, a tak małych, zwęglonych sercach. I była taka kobieta... I ona pokazała mu światło. Wyrzuciła z jego pokoju wszystkie żyletki, zdjęła zasłony i wpuściła do pokoju pierwsze promyki słońca, które trafiły od razu do jego serca. Jak strzała Amora ugodziły go i rozświetliły całe jego życie. Ona nauczyła go wyzbycia się wstydu, nauczyła go tańczyć w świetle księżyca, zabrała go nawet na ryby. Nie złowili starego buta, a tym bardziej ryby! Mimo to pokazała mu, jak można się z tego cieszyć. Wszystko działo się wiosną. Piękną, pachnącą jak najdroższe perfumy wiosną... Głaskała go po wyżłobionych przez ostre narzędzia bliznach i płakała nad nimi. Z uśmiechem... Mówiła wtedy, że nie ma sensu, że to jest dar, że Bóg nie na darmo dał mu tak piękną powłokę. On tylko ze wzruszeniem kiwał głową i milczał wyrażając swój krzyk. Milczał też wtedy, gdy ona bez żadnego wstrętu wzięła jego ukryty kuferek ze "skarbami" i z uśmiechem powiedziała - Pozbądźmy się tego. I była przy nim przez trzy wiosny, gdy nagle zniknęła. Bez słowa wyjaśnień, bez pożegnania, bez żadnego przygotowania. Po prostu - nie przyszła. I kolejnego dnia też nie przyszła. W ogóle nie przyszła. Nie przejął się, nie zapłakał. Pokochał ją, ale ona była jak ptak, który potrzebuje wolności. Nigdy o tym nie mówiła, ale on to widział. Widział jej fascynację życiem i pomaganiem innym. Pokazywaniem im tego światła, które tkwi w każdym człowieku. Jemu pomogła, ich wspólny czas dobiegł końca, a on doskonale wiedział, że kiedyś w końcu to nastąpi. Był przygotowany i nie zdziwił się, gdy jej numer telefonu z dnia na dzień stał się nieaktualny, nieosiągalny. Jedno jest pewne - nauczyła go, jak powinien żyć, jak powinien się cieszyć i z czego może czerpać korzyści. Był szczęśliwy, że zjawiła się w jego życiu i nie miał o nic do niej żalu. Miał tą świadomość, że teraz niesie radość innym... KM Stanisław Filipowicz
2 czerwca przypadła piętnasta rocznica śmierci Stanisława Filipowicza - prozaika i poety z naszych ziem.
Pamiętamy

Urodził się w roku 1934 w Wilnie, szkołę średnią ukończył w Sopocie w wieku 18 lat, jednak to z ziemią dzierzgońską był związany najmocniej - tu pracował, tu żył i tu jego życie dobiegło końca. Z Dzierzgoniem pan Stanisław był związany od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jako literat debiutował opowiadaniem "Powiedz, jaka jest prawda" w, wydawanym w Gdańsku, miesięczniku Litery, w roku 1968. Był członkiem gdańskiego oddziału Związku Literatów Polskich oraz funkcjonującego do 1990 r. Klubu Literackiego Elbląskiego Towarzystwa Kulturalnego. Za twórczość poetycką również był nagradzany, m.in. w roku 1992 r. otrzymał II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Literackim im. M. Hłaski w Wiedniu. Siedem lat wcześniej otrzymał III nagrodę w ramach III Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego O „Laur Zielonego Liścia” im. Michała Kajki. Mieszkańcom naszego miasta był też znany z racji nauczania bilogii oraz wychowania fizycznego, ale też z piastowania funkcji dyrektora tutejszego Domu Kultury. Zachowajmy w pamięci człowieka, który był silnie związany z tym miejscem i który w swych wierszach

Pamiętamy

opisywał jego magię. W związku z kultywowaniem pamięci o Stanisławie Filipowiczu, 7 czerwca br. Gminna Koalicja na rzecz Rozwoju Bibliotek zorganizowała spotkanie, poświęcone pisarzowi. Obecna łna nim była żona poety - p. Hildegarda Filipowicz, oraz ich syn - Jacek. Wśród zebranych znajdował się też m.in. burmistrz Dzierzgonia - p. Kazimierz Szewczun. Życie pisarza w skrócie oraz próbkę jego twórczości starali się nam przybliżyć wszyscy - od, najmłodszych wśród zebranych, przedszkolaków, które deklamowały utwór "Jesteśmy", poprzez uczniów Szkoły Podstawowej, którzy prezentowali wiersze „Wieczorem”, „Bądź przy mnie” oraz „Kwiaty” oraz młodzież, uczącą się w Gimnazjum, która, jak i nasi koledzy, przybliżyła nieco faktów z życia pana Stanisława. Gimnazjaliści deklamowali również wiersze oraz czytali fragmenty prozy, pochodzącej ze zbioru opowiadań "Infekcja w Raju" - wszystko to przy akompaniamencie gitarowym (na instrumencie grała wnuczka poety - Marta Filipowicz). Nasi koledzy zaś byli klamrą, spinającą wystąpienia, gdyż od nich, a w zasadzie, od ich wcześniej wspomnianej prezentacji na temat życia pisarza rozpoczęto i również na nich zakończono wystąpienia. Uczniowie pod opieką pań Doroty Hul i Agnieszki Chmielewskiej również deklamowali wiersze artysty, zwieńczone utworem zespołu Dżem pt. "Do kołyski". Po zakończeniu wystąpień każdy otrzymał tomik "Po amputacji" oraz, wcześniej już wspomniany, zbiór opowiadań - "Infekcja w Raju". Po tym zaś można było udać się na poczęstunek. Martyna Maczyszyn Źródło foto.: archiwum Z pamiętnika maturzystki...
Matura moim okiem - wrażenia przed, w trakcie i po egzaminach.
Wspomnienia

4 maja - język polski "No tak, matura z polskiego... Ciekawe, co nam dowalą..." - myślałam rano, szykując się do wyjścia z domu. Piętnastominutowy spacerek i już byłam w szkole, chwilę później siedziałam z innymi "skazańcami" nieopodal wejścia do auli. Zastanawialiśmy się głośno, jakie lektury nam się trafią... Ja  ni z tego, ni z owego rzuciłam: "Oby tylko nie 'Potop', ani 'Granica'!". Pach! Drzwi, wiodące do auli otwierają się przed nami po raz pierwszy, wyczytywani jesteśmy kolejno, jak jagniątka, idące na rzeź (niektórzy z nas z resztą tak zapewne się czuli), siadamy na krzesełkach i czekamy, aż rozdadzą arkusze... Jeszcze ostatnie konsultacje wewnątrzklasowe, ostatnie kopnięcia na szczęście i wybija godzina "zero", a dokładniej 9:04. Przede mną ląduje arkusz, który chciwie otwieram tylko po to, by przekonać się, że moje obawy stały się rzeczywistością. Gdyż oto patrzę na wypracowanie na podstawie fragmentów prozy i, o zgrozo (!), widzę przed sobą fragmenty "Granicy"... Zaczyna we mnie narastać panika... "Matko Boska, przecież ja... Aj  będzie, jak będzie" - myślę sobie i zaczynam pisać. Prawie dwie godziny później już po wszystkim, ale najgorsze jeszcze przede mną... 5 maja - matematyka Dies irae dla każdego maturzysty - dla przeważającej większości zawrze się między godziną 9, a 12. Dla mnie zaś - około dwie godziny później. Jak dzień wcześniej - gorączkowe rozmowy na temat zakresu tegorocznego egzaminu, wyczytywanie i znów arkusze na ławkach. Wydaje się proste - wychodzę po półtorej godziny i czekam na wszystkich innych zdających - w trakcie rozmów już wiem, że nie jest tak dobrze, jak myślałam... Po wyjściu z klasy spokojnym krokiem zmierzam do domu, zjadam obiad i znów wychodzę z domu - tym razem na matematyczną egzekucję. Cykl poranny się powtarza, z tym, że jest nas już tylko czworo - trzech panów i ja jedna. Oni - wydają się być pewni swojej wiedzy, ja - drżę ze strachu, że za mało, za krótko, za słabo... Mówię, że wyjdę po godzinie i tak się dzieje... Ten dzień podsumowuję jednym słowem - masakra... 6 maja - język angielski Chyba najprostszy, moim zdaniem, z egzaminów pisemnych - lekki, łatwy i przyjemny. Rano nie minęła nawet godzina, jak wyszłam z sali. W miarę, jak zaczęli napływać do klasy kolejni abiturienci, w oczekiwaniu porównywaliśmy odpowiedzi, gdyż paru z nas wpadło na, jakże

Wspomnienia

genialny, pomysł, by owe rozwiązania spisać na chusteczkach, karteczkach, czy na czym tylko się dało i z porównań wynikło, iż były 2, a może nawet i 3 rodzaje arkuszy. No cóż - nie ściągajmy, bo nam to nie pomoże, prawda? Po godzinie oczekiwania, radosnych rozmów i przesiadywania na portalach społecznościowych, wychodzę do domu, by niebawem wrócić i podjąć się najbardziej ważącego egzaminu. Angielski na poziomie rozszerzonym - dwa arkusze, teoretycznie ponad 3 godziny pisania... Pierwszy arkusz ląduje przed nami - a jest nas tak dużo, że trzeba się rozpychać łokciami - aż dwoje - no więc pierwszy arkusz mamy przed sobą i zaczynamy pisać. Zadania leksykalne - cóż, pewności nie mam nawet w chwili, gdy piszę te słowa, czy aby na pewno rozwiązałam je dobrze... Ale praca pisemna...? Toż to bajka! Na tyle absorbująca, że kończę część pierwszą po nieco ponad pół godzinie. Mój towarzysz niedoli skrobie jeszcze, pisze, skreśla, poprawia, a ja wytrzymać prawie nie mogę. I kręcę się i wiercę i śmiechem parskam, co próbuję zamaskować udawanym kaszlem. W końcu komisja wypuszcza mnie z sali, kolega wychodzi niedługo później i mamy ponad pół godziny przerwy. Po niej wchodzimy, znów arkusze... I piszemy prawie do samego końca. Ale przede mną jeszcze fizyka (której ze względów estetycznych nie przybliżę) i egzaminy ustne. 17 maja - język polski Tego egzaminu obawiałam się najmniej. Przed wyjściem sprawdziłam, podobno nawet dwa razy, czy wszystko mam... "Szpilki, kartki, pendrive, konspekt, cytaty... Wszystko jest - mogę iść". - wychodzę z domu z uśmiechem, słonko pięknie świeci na niebie... Przechodząc koło sklepu spożywczego zorientowałam się, że... nie mam dowodu. Nie bacząc na przesądy, chcę wracać do domu i nawet robię krok w tę stronę, gdy podjeżdża mój wujek i zabiera mnie ze sobą - w tempie ekspresowym biegnę po portfel i chwytam różowy kawałek plastiku. Niedługo później czekamy na swą kolej. Pierwsza grupa maturzystów już wie, że zdała. Ja mam wchodzić już za chwileczkę, już za momencik i tupię nogą ze zniecierpliwienia, a w żołądku mnie ściskać zaczyna diabelnie. Wreszcie wołają - wchodzę na salę i od samego początku, wieszając na tablicach niezliczone fanarty (w liczbie sztuk 16), w duchu zaczynam na siebie psioczyć i fukać i prychać, że czemu to ja się prezentacji nie uczyłam, ale ściskam w dłoniach teczkę z konspektem, myśląc, że będzie dobrze. Otóż, nawet nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Potok słów niby to się z moich ust wylewał, moja prezentacja multimedialna się skończyła, a ja dopiero wnioski zaczynam, nie omówiwszy nawet połowy tego, co chciałam... No cóż. "Chyba to jednak dobrze, że nie nauczyłam się tego na pamięć, bo bym się w życiu po życiu nie wyrobiła..." - myślę, siadając przed komisją i czekając na pytania. Padły cztery - odpowiedziałam i wyszłam. Wchodzą i wychodzą następni i następni, ale ja już tego nie widzę. Poszłam i znikłam i wróciłam na ogłoszenie wyników. Cała grupa idzie sznurem za mną - padają słowa, że wszyscy zdali. Każdy się cieszy. Padają liczby: moje "18", jakoś tak już nie satysfakcjonuje... Czuję niedosyt... 23 maja - język angielski Poziom podstawowy. "Banał" - myślę, ale jednak nerwik jest. Znów siedzimy, znów czekamy w grupce. Znowu wołają, jak parę dni wcześniej.

Wspomnienia

Tym razem losujemy cyferki. Mam szczęście - jest "9". Biorę, kładę przed komisją, która prosi o dowód. Podaję. Siadam i dostaję zestaw. "Oh crap..." - myślę. Zdjęcie kiepskie. Ciężkie do opisania. Słówka uciekają z głowy, ale ostatecznie jakoś daję radę. Rozmówki - gdy na nie patrzę, istny koszmar! Ale znów wszystko idzie raczej szybko. Kwadrans później jestem wolna. Mija 40 minut więcej i znów, jak niemal tydzień temu, wchodzimy na salę. Znów wszyscy zdali - i jest! Osiągnięta magiczna "20". I ja się cieszę i jedna z dziewczyn wraz ze mną. Jeszcze 5 minut później, gdy grupą idziemy przez miasto, dziewczyna pyta się mnie, czy aby na pewno 20  nie mniej. Potwierdzam, ale zaczynam się zastanawiać "Co będzie jutro...?" 24 maja - język angielski "No to hop." - myślę, idąc, prawie wieczorową porą, na mój ostatni egzamin maturalny. Ustny rozszerzony, którego, paradoksalnie, bałam się najbardziej ze wszystkich. Liczyłam na siebie sama, liczyła na mnie moja anglistka. "I won't let her down..." - "Nie zawiodę jej..." - powtarzałam w myślach, wraz z przydatnymi zwrotami. Przyszłam niemal pół godziny przed czasem. Pewna, że mam jeszcze tego czasu mnóstwo, zaczęłam pisać SMSy. Aż tu nagle wychodzi egzaminatorka i woła mnie do środka. "Już?" - pytam ze zdziwieniem, na co ta się uśmiecha i kiwa głową. Witam się, znów losuję numerek - znów "9". Dostaję zestaw i znów podaję dowód. Materiał znowu niezbyt fajny. Poświęcam mu aż 10 minut, co daje mi tylko 5 na przygotowanie jednego z dwóch tematów... W międzyczasie słyszę wibracje - ups, to chyba mój telefon... Zerkam na zewnętrzny wyświetlacz z zakłopotaniem - no tak, przyszedł raport... Przepraszam, wyłączam telefon i wracam do zestawu. Temat o różnicach kulturowych i powodach do emigracji przypada mi do gustu. Może to za sprawą ostatnio przeczytanej książki o Gruzji...? Nie wiem. Ale znów czas na przygotowanie kończy się, jakby zbyt szybko. Zaczynam od materiału. Leci szybko, całkiem sprawnie - mówię o konieczności podejmowania pracy dorywczej i pracy, podejmowanej przez młodzież. Pytania lekkie - o wadach i zaletach jednoczesnego uczenia się i pracowania, dajmy na to. Z uśmiechem na twarzy przypominam sobie rozprawkę sprzed prawie trzech tygodni, w której poruszałam dokładnie ten sam wątek. Przychodzi czas na dyskusję na podstawie jednego z dwóch tematów. Mówię i mówię - wpada temat Gruzji. Opowiadam o korzyściach i złych stronach. I kończę szybko. "Chyba zbyt szybko..." - myślę. Ale wychodzę, czekając na wynik. Zastanawiam się, jak źle mi poszło, mam nadzieję na  co najwyżej, 17 punktów... Komisja znowu woła i okazuje się, że znów wpada "20". Wychodzę z szerokim uśmiechem, lekka jak piórko, jeszcze jakby nie dowierzając swemu szczęściu. Żegnaj, maturo! Do zobaczenia pod koniec czerwca - kiedy przyjdziemy po wyniki.  Martyna Maczyszyn Szkoła to jeden z etapów życia człowieka
Niektórzy z nas mają go już za sobą, ale gdy coś się kończy, zaczyna się coś innego.
Refleksje

Mimo, że ten dzień minął całkiem niedawno, pamiętam go jak przez mgłę. Od rana maturzyści krzątali się po szkole, odbierając dokumenty. I ja byłam pośród tego, kręcącego się, tu i ówdzie, tłumku. Wszędzie pełno było też i uczniów młodszych - tych, gotujących nam pożegnanie. Dążyło to do nieuchronnego, uroczystego, pięknego końca naszej edukacji w Zespole Szkół im. Cypriana Kamila Norwida. Cała uroczystość zaczęła się o godzinie 16. Na sali siedział tłum, składający się z abiturientów oraz ich najbliższych. Rozległ się Hymn Państwowy, po czym zostaliśmy przywitani przez przedstawicieli tych, którzy w tej szkole jeszcze się ostaną - klas drugich oraz pierwszych. Dygnitarze, wraz z panem Dyrektorem, Jarosławem Drwięgą i księdzem prałatem, Janem Czajkowskim, skierowali do nas ciepłe słowa, które kiedyś, po latach, może przypomną nam, jaki jest nasz własny, życiowy drogowskaz. Za swą zaszczytną służbę zostały nagrodzone odchodzące poczty sztandarowe, które złożyły sztandar szkoły na barki swoich następców. Po tym zaś reprezentanci klas, opuszczających Zespół Szkół, złożyli uroczyste ślubowanie na sztandar: przysięgliśmy, że będziemy godnie uczestniczyć w życiu gospodarczym i społecznym kraju i że nie przyniesiemy ujmy dobremu imieniu naszej szkoły. Nastąpiło rozdanie listów gratulacyjnych, nagród i świadectw z wyróżnieniem. Nie zliczę, ile razy my i nasi rodzice wychodziliśmy po odbiór tychże. Nie obyło się bez wzruszeń - jeszcze długo będę pamiętać oczy nauczycieli, przepełnione dumą. Gdyż byli oni dumni z nas - tych, w których nauczanie i wychowanie włożyli tyle trudu. I za to  symbolicznie dziękując, wręczyliśmy kwiaty Dyrekcji, członkom Grona Pedagogicznego oraz pracownikom administracji i obsługi. Po rozdaniu nagród przyszedł czas na to, aby i pozostali otrzymali świadectwa. Zdjęć klasowych, ale i łez wzruszenia było bez liku. Wyprowadzono sztandar. Po łzawych chwilach przyszły kolejne - tym razem z oczu zebranych płynęły łzy, spowodowane śmiechem. Klasy drugie przygotowały cudowny program artystyczny, który pokazywał nam, co może nas czekać na studiach, ale też z którego dowiedzieliśmy się, że życie szkolne to jeden wielki serial telewizyjny. Po uroczystościach wszyscy rozeszliśmy się do domów, by niedługo jeszcze po raz ostatni spotkać się na klasowych ogniskach i pożegnać się w oparach dymu i radosnego śpiewu. Martyna Maczyszyn Małe ziarenko zła - nieporozumienie
„Paradoksalnie konflikt pokoleń manifestuje się w pełnej zgodzie; dzieci nie chcą mówić, rodzice słuchać.”
Felieton

Wczoraj znowu pokłóciłam się z mamą. Poszło o jakąś bzdurę, a skończyło się tym, że przestałyśmy się do siebie odzywać. Czemu za każdym razem kończy się tak samo? Chyba po prostu nie umiemy się ze sobą dogadać. I gdy już myślałam, że tylko ja mam ten problem ze swoją rodzicielką okazało się, że moja koleżanka przeżywa to samo. Ja  ona, jej brat i niemal wszyscy ludzie w naszym wieku... I zaczęłam się zastanawiać, co jest tego powodem? Co sprawia, że tak trudno dogadać nam się z własnymi rodzicami? Przytoczmy kilka sytuacji z życia nastolatków i ich staruszków. Pierwsza sytuacja: masz test z matmy, która nie jest Twoją mocną stroną. Uczysz się na niego dużo i pilnie. Masz nadzieję, że zaliczysz go chociażby na dwóję. I co się okazuje przy oddawaniu testów? Masz 3! Szczęśliwy chwalisz się oceną z rodzicami. I co słyszysz? „Nienajgorzej, ale mogło być lepiej.” Lepiej? Nic nie rozumieją, za dużo wymagają. Trója dla kogoś słabego z matmy jest czymś wyjątkowym, a starzy nawet nie potrafią tego docenić. Twoja radość gaśnie. Sytuacja druga: Twoi znajomi jadą na dyskotekę i zapraszają Cię ze sobą. Bardzo chcesz jechać, ale najpierw musisz zapytać mamę o zgodę. Pytasz i co słyszysz? „Zapomnij! Nigdzie nie jedziesz! Jesteś na to za młoda. Na dyskotekach jest alkohol. Narkotyki, a jak ktoś dosypie Ci czegoś do picia? Nie ma mowy, zostajesz w domu!” Wzbiera w Tobie gniew, myślisz, że matka przesadza. Kłócisz się z nią przez chwilę, po czym strzelasz focha i nara. Zapominasz jednak, że mama Cię kocha i martwi się o Ciebie  stąd te pewne ograniczenia. Sytuacja trzecia: na randkę zaprosił Cię chłopak, który zawsze Ci się podobał. Chcesz wypaść przed nim jak najlepiej. Masz tylko problem z tym, co na siebie włożyć. Idziesz do mamy i mówisz jej o tym, a ona na to: „Wybacz, mam teraz ważniejsze sprawy na głowie. Gdybym ja miała tylko takie problemy życie byłoby cudowne.” Matka zapomina, ze ludzie w różnym wieku mają różne problemy i dla nastolatki sprawa z wybraniem odpowiedniego stroju jest ważna. Matka Cię nie rozumie, a Ty z problemem zostajesz sama. Po głębszym przeanalizowaniu tych sytuacji myślę, że znam już odpowiedź na swoje pytanie, „Co sprawia, ze tak trudno dogadać nam się z własnymi rodzicami?” Otóż wszystkiemu winne jest, pielęgnowane brakiem szczerej rozmowy, MAŁE ZIARENKO ZŁA zwane NIEPOROZUMIENIEM. Daria Skrzeczkowska

Felieton

Droga ucieczki „Jesteś nikim”, „Nic w życiu nie osiągniesz”, „Nie kocham Cię”- pewnie słyszałeś te słowa nie raz. Kłótnie z rodzicami? Kłopoty w związku? Każdy problem może nas przerosnąć i stać się przyczyną myśli samobójczych. Zwłaszcza, gdy nie mamy z kim o tym pogadać. Tyle osób nas otacza, a tak naprawdę nie mamy do kogo otworzyć ust. Młodociani zaczynają szukać zrozumienia w sieci. Codziennie na forach internetowych i blogach toczą się pogaduszki, dotyczące bólu i śmierci. Nikt nikogo nie próbuje pocieszyć. Wszyscy prześcigają się w podawaniu przyczyn, które sprawiły, że ich życie stało się bolesne i pozbawione sensu. Trwa zacięta walka o wymyślenie najlepszego pomysłu na odebranie sobie życia. Każdy podburza i namawia do pisania listów pożegnalnych, do popełnienia samobójstwa. Młodzi, popełniając samobójstwo lub podejmując takie próby, wołają o pomoc. Chcą, by dorośli dostrzegli ich cierpienie. Podczas dojrzewania wyolbrzymiamy często swoje kłopoty, ale to przywilej wieku, dlatego wiele osób nie traktuje tego poważnie. Gdy dzieciaki piszą na forum, że chcą się zabić, rówieśnicy z nich kpią, podsuwając przeróżne sposoby. Nikt przecież nie zna ich psychiki, jedni są słabsi, przeżywają coś dwa razy bardziej niż inni, więc nie wiadomo, jaka będzie reakcja tej osoby. Wystarczyłoby, gdyby wśród tej bandy pajaców znalazła się jedna osoba, która poświęciłaby 5 minut i wysłuchała desperata i, być może, odciągnęła go od jego pomysłu. Tabletki, podcinanie żył, wieszanie się, rzucanie się pod samochód, skok z mostu - która z tych metod jest najskuteczniejsza? Która najmniej bolesna...? A co, gdy zdecydujemy się na którąś z nich, a obudzimy się w szpitalu i będziemy musieli spojrzeć w oczy sobie i bliskim? Jesteśmy przekonani, że nic nam w życiu nie wyszło i jeszcze to - nie potrafimy się zabić. Totalna porażka... Samobójstwo nie jest próbą sił, tu nikt nie będzie dumny z tego, że się jednak odważył... Nie jest to koniec jakiegoś etapu, po którym zaczynamy życie od nowa, jako inni ludzie. Nie ma już nic, pozostaje żal, wstyd, rozpacz, cierpienie. Jest jeszcze gorzej niż przed. Pojawia się kompletny brak zaufania i ciągłe kontrolowanie. Jak czuje się taka osoba, gdy na lekcji języka polskiego belfer chce interpretować wiersz o samobójstwie? Samobójstwo staje się problemem społecznym, dlatego słuchajmy naszych bliskich, żebyśmy wiedzieli co ich boli. Wiecie co? Takie osoby naprawdę tylko tyle potrzebują. Każdy taki wpis w sieci jest groźny. Za każdym z nich mogą kryć się prawdziwe zamiary odebrania sobie życia. Jedno samobójstwo może być inspiracją dla kilku następnych. Nie traktujmy takich osób jak popaprańców, nie unikajmy ich, dajmy szansę. Samobójstwo trzeba przeżyć.. Paulina Czwerenko Żegnaj Ero, witaj T - Mobile!
5 czerwca nastąpiła rewolucja na polskim rynku telefonii komórkowej. Abonenci Ery muszą zacząć przyzwyczajać się do nowej nazwy - T-Mobile oraz innych usług które oferuje nowy właściciel - Deutche Telekom z Niemiec.
Spoza szkoły

Po 15 latach czas na rewolucję, o której już dawno spekulowano. Podjęto decyzję o wielkiej zmianie na polskim rynku, a dokładniej zmianie marki Era na T-Mobile, jednej z największych na świecie. Od tygodni byliśmy zarzucani ciągłymi reklamami w mediach, gdzie widzieliśmy jak mężczyzna zdziera bilboard, pod którym kryje się nowy, różowy, nowej firmy. Sieć Era była na naszym rynku najdłużej ze wszystkich obecnych. To jej zawdzięczamy początkowy rozwój telefonii w kraju, pierwszy ruch, za którym podążyli inni operatorzy. Ale i na nią przyszedł czas, rebranding, czyli wielka, zorganizowana zmiana marki, tak jak było to przed kilkoma laty w przypadku sieci Idea, która zmieniła nazwę na Orange. T-Mobile, który należy do lidera na rynku - Deutche Telekom, zapragnął szerokiego grona polskich abonentów, rodzina zatem powiększyła się o kilkanaście milionów dodatkowych użytkowników. Co nam daje taka zmiana, czy tylko obcojęzyczną nazwę, czy może coś więcej? Na polskiej stronie T-Mobile możemy przeczytać, że zmiana ta będzie bardzo korzystna zarówno dla obecnych jak i nowych abonentów, którzy zdecydują się na przejście do sieci, opatrzonej różowym logo. Bycie w tej wielkiej, cyfrowej rodzinie pozwala na wiele możliwości, szczególnie, jeżeli chodzi o wyjazdy za granicę. Właściciele zapewniają, że rozmowy poza Polską będą równie tanie, jak te krajowe, zatem cieszą się Ci  którzy często podróżują po świecie. Ceny rozmów w ojczyźnie również mają być całkiem

Spoza szkoły

niezłe, tak jak i aparatów telefonicznych. Nowa sieć nie zostaje całkowicie zlikwidowana, wręcz przeciwnie - umowy podpisane przed 5 czerwca są nadal aktualne i żaden abonent nie ma możliwości zrezygnowania z umowy bez uiszczenia opłaty karnej, określonej w umowie. Czy zatem szybko przekonamy się do nowej sieci TMobile i łatwo porównamy ją z Erą, czy będziemy żałować tej zmiany, to sprawdzimy już za chwilę. Teraz jednak przystosowujmy się do nowej nazwy, marki, logo i hasła: "Chwile, które łączą". Marcin Rudzki Małysz w Dakarze
Legendarny mistrz skoków narciarskich Adam Małysz, czterokrotny zdobywca Pucharu Świata, postanowił iść na "emeryturę" i sprawdzić się w innej dyscyplinie sportowej.
Sport

Jeszcze niedawno mogliśmy kibicować mu przed telewizorem, teraz ta sytuacja się zmieni. Adam Małysz postanowił spróbować swoich sił w rajdach. Jest początkującym zawodnikiem w tej dyscyplinie, potrzebuje trochę czasu, by obyć się z nowymi zasadami, jakie obowiązują w tej dyscyplinie sportu. Ogarnia nas smutek, że nie zobaczymy już Adasia, skaczącego w Mistrzostwach Świata. W duchu głęboko wierzymy, że odniesie on nowe zwycięstwa w rajdach. Urodził się doskonałym skoczkiem, zobaczymy, czy ma  w sobie "coś" z rajdowego kierowcy. Twierdzi, że od dawna interesował się motoryzacją i jazdą samochodami terenowymi. Będziemy więc czekać z niecierpliwością na  wyniki i sukcesy z jego rajdowej przygody. Alicja Gussmann Wakacje Wydanie Rzep Czerwiec `11 przygotowali:

Zakończenie

Wielkimi krokami zbliżają się wakacje. Ile to zostało miesięcy, tygodni, dni, godzin, sekund? Zastanawiałby się kto? Ważne, by jak najszybciej nadeszły. Wakacje to czas, w którym nie myśli się o szkole, lecz tylko o wypoczynku i zabawie. Można je zaplanować naprawdę cudownie, jeśli ma się odrobinę chęci i dzięki temu mogą być one naprawdę udane i niezapomniane do końca życia. Jeśli planujesz po prostu wakacyjny wyjazd lub wypad na kilkudniowy wypoczynek, to my mamy dla ciebie ciekawe propozycje i formy spędzania wolnego, wakacyjnego czasu: *wylegiwanie się na plaży to dobry sposób, by się choć na chwilę zapomnieć, *surfing na desce zwłaszcza dla panów, przy czym mogą sobie opalić pięknie ciała, *wyjazd do rodzinki, rodzinne wypady też mogą być udane, *odwiedzanie kina, być może zagrają coś na co długo czekasz, *uprawianie sportu - są tacy, którym sprawia to przyjemność - to jak kontynuowanie hobby, *spotkanie z przyjaciółmi? Czemu nie? Jeśli nie ma się dla kogoś czasu, to jest okazja, by odświeżyć swoje kontakty, *koncert? Kto by się nie chciał na niego wybrać ? Mmm… marzenie ;) W wakacje nie można się nudzić. Korzystajmy z tego czasu, póki go mamy. To najpiękniejszy okres, w którym wszystko kwitnie, życie nabiera ciekawszych barw i chce się żyć. Nie dopuśćmy, by nasze wakcje się zmarnowały, zaplanujmy je tak, by były pełne niezapomnianych chwil i wspomnień. Patrycja Karol Marcin Rudzki - redaktor naczelny, skład i łamanie Martyna Maczyszyn - zastępca redaktora naczelnego, korekta Magdalena Bujalska - dziennikarz, foto Alicja Gussmann - dziennikarz Patrycja Karol - dziennikarz Małgorzata Kraft - opiekun gazetki, korekta KM - opowiadanie Natalia Mosiewicz - dziennikarz Sandra Szewczyk - grafika Uczniowie kl. II B LO: Alicja Berk, Paulina Czwerenko, Mariusz Gwiazdowski, Ewa Żołądź Rzep - szkolny nieregularnik Zespół Szkół im. Cypriana Kamila Norwida ul. Zawadzkiego 15 82-440 Dzierzgoń www.mam.media.pl/rzep