Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Kartka z pamiętnika ("Dziecko Noego")

MODA NA POLSKI nr 6/112

16.05.1942 Drogi Pamiętniku, Był słoneczny poranek. Dzień, jak co dzień. Nie było w nim nic nadzwy-czajnego. Wstałem z łóżka i jak zwykle ubrałem się, i popędziłem na śniadanie. Następnie przesiedziałem kilka godzin na nudnych lekcjach. Nic z nich nie za-pamiętałem, bo cały czas wyglądałem przez okno i rozmyślałem, jak by to było położyć się na zielo-nej trawie, obserwować niebo i wspominać. Tak bardzo tęsknię za rodziną. Tu nikogo nie obchodzę, jestem uważany za niez-darę. Nie przejmuję się tym zbytnio, lecz tak bar-dzo chciałbym jeszcze us-łyszeć, jak moja mama swoimi zwinnymi, smukły-mi palcami uderza w kla-wisze fortepianu, tworząc piękną melodię. Chciałbym móc znowu usiąść koło niej i patrzeć na jej pełną skupienia twarz, na pozór surową, ale jakże łagodną. Uczucie rozłąki codziennie rozrywa moje serce. Jestem osobą, którą szczęście omija szerokim łukiem, ale nie dziś, nie teraz. W tej chwili czuję jakbym wygrał los na lote-rii. Stało się tak, ponieważ poznałem Josepha. Jest nowy w Żółtej Willi. Mam być jego opiekunem. Na początku protestowa-łem, nie chciałem dla chło-pca źle, a wiedziałem, że prędzej czy później sta-nie mu się krzywda, jeśli będzie przy mnie. Nie miałem wyjścia. Ojciec Pons nie dawał za wygra-ną - to mądry i dobry człowiek, więc nie sprze-czałem się dłużej. Malec niezbyt jest rozeznany w sytuacji. Potrzebuje nauczyciela - nie od mate-matyki, biologii czy nawet religii, a nauczyciela życia. Ktoś musi go nauczyć, jak nie wydać swojego praw-dziwego pochodzenia. No właśnie… dzieciak jest Żydem, tak jak ja. I może dlatego jak tylko na siebie z Josephem spojrzeliśmy, od razu poczuliśmy wspó-lną więź? Nie jestem dob-rym materiałem na opie-kuna, przynoszę pecha, ale co poradzę na to, że go polubiłem…? Zaprzyjaźniliśmy się. Tak naprawdę, to on jest mo-im stróżem. Pomógł mi załatać moje złamane se-rce. Już nie jestem sam. I nigdy nie będę. Julia Jurek i Maria Majewska, 3a Co z tą tolerancją?
Kontrowersyjny temat... „Obecność tolerancji we współ-czesnym świecie to kontrowersyjny temat!” – Usłyszałam ostatnio w radio podczas pewnej nudnej audycji z udzia-łem równie nudnych polityków.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Uniosłam brwi, słysząc te słowa i wytęży-łam słuch, ale nie było mi dane zaspoko-jenie ciekawości. Niestety, politycy nie rozwinęli tego tematu, zaczęli za to kłócić się o jakąś nieinteresującą błahostkę, zos-tawiając mnie z problemem i z brwiami w dziwnej pozycji (na czubku czoła), po-środku kuchni wypełnionej nieuporządko-wanymi składnikami do gyrosa i skwier-czącym kurczakiem na patelni. Kontrowersyjny? Co proszę? Tolerancja jak najbardziej jest obecna we współczesnym świecie! Tu nie ma nad czym się zastanawiać! To jedna z najważ-niejszych wartości wpajanych nam, zwła-szcza młodym ludziom, w każdej możliwej sytuacji. Im bardziej jesteśmy nowocze-śni, tym bardziej tolerancyjni. Czy aby na pewno? - zabawa w hipokrytę. Kiedyś chodziło o tolerowanie wyróżnia-jących się z tłumu, odmieńców. Teraz „inni” są coraz częściej pozytywnie przyj-mowani. Mam jednak wrażenie, że to działa w jedną stronę, bo na zwykłych ludzi teraz zaczyna się krzywo patrzeć. Społeczeństwo, moda (hipsterzy), media namawiają nas do bycia innymi, poprzez lansowanie wszystkiego, co jest nieco-dzienne. Wszystko wokół namawia nas do bycia sobą, a gdy to robimy, oponuje, sapiąc i tupiąc, bo jesteśmy zbyt… zwykli. O co chodzi? Ludzie! Jeśli mam ochotę nie wyróżniać się spośród szarych, zwykłych ludzi z kre-dytem hipotecznym, to uprzejmie proszę nie wciskać mi neonowych ubrań, pokrę-tnych światopoglądów i odblasków na czo-ło, bo … ja nie mam na to ochoty. Peace, peace. Niech każdy żyje po swo-jemu. We współczesnym świecie ludzie zaakce-ptowali już to  że jedni wyróżniają się mniej, inni bardziej. Problem polega na tym, że ci bardziej wyróżniający się muszą tolerować tych zwyklejszych, bo inaczej ta cała tolerancja traci sens. Powinna przecież działać w obie strony, a nie być przykładem hipokryzji. Konkluzja artykułu? Została zamieszczona w powyższym aka-picie. Ten poświęcę na radę kulinarną: podczas przygotowywania gyrosa nie za-głębiajmy się w rozważania dotyczące in-tencji wypowiedzi polityków w radiu, bo grozi to: przypaleniem kurczaka, zach-wianiem proporcji składników w sałatce i … pewnie czyjegoś światopoglądu. Ale cóż… Właśnie tak to teraz wygląda. Gyros chyba zapomniał, jak powinien smakować. (Karina Pudłowska, 3a) Przemówienie w obronie Antygony
Drogi Kreonie! Drodzy świadkowie mojej przemowy! Tebańczycy!
MODA NA POLSKI nr 6/112

Chciałabym przekonać Was, że rozkaz, by wysłać Antygonę do więzienia na pu-stkowiu bez jedzenia i picia, skazując ją tym samym na śmierć, jest głęboko niesłuszny. Wszyscy znamy Antygonę, księżniczkę Teb. Zawsze kierowało nią dobre serce i szlachetność. Ilu osobom pomogła? Ilu z Was wsparła na duchu? Przypomnijcie sobie, jak wyszła z miasta, by towarzyszyć ojcu w ostatnich dniach. Nikt nie powie, że ta kobieta jest zła i powinna umrzeć w tak młodym wieku. Księżniczka Teb pochowała swojego brata – Polinejkesa w imię miłości i braterstwa. Uważała, że każdy człowiek zasługuje na pogrzeb bez względu na popełnione przez niego czyny. Mówiła, że prawa bo-gów są najważniejsze i nie powinniśmy się im sprzeciwiać. Co więc poczuła Antygona, gdy dowiedziała się o zakazie władcy? Jak można odebrać wieść o odebraniu najdro-ższemu bratu prawa do pochówku? Dla przeciętnego człowieka to właśnie rodzina jest najważniejsza. Trudno się więc dziwić Antygonie, że podjęła tak radykalną decyzję. Warto wspomnieć również o trudnej sytuacji rodzinnej księżniczki. Trudno było jej znieść śmierć ojca. Potem pogrzebała swą matkę. Do tego zginęli dwaj bracia, mordując się w bratobójczej walce. Wśród żywych została tylko ona i jej siostra Ismena. Bogowie zsyłają nieszczęścia na rodziny, które zaniedbały obowiązek pochówku swoich członków. Antygona wiele już wycierpiała. Pomyślmy, czy w jej sytuacji było dobre wyjście? Czy mogła zachować się inaczej? Czy mogła pozwolić, by ciało jej brata pozostało niepochowane? Drogi Kreonie! Potężny władco Teb! Staję w obronie tebańskiej dziewczyny, która narażając się na śmierć, pochowała brata. Mam nadzieje, że rozważysz jeszcze raz podjętą decyzję. Weź pod rozwagę niewyobrażalną odwagę, jaką kierowała się Antygona. Twój rozkaz nie był tajny, dziewczyna wiedziała, że naraża się na śmierć, a jednak podjęła to ryzyko. Czy nie świadczy to o jej ogromnej miłości do brata i rodziny. Czy to nie zasługuje raczej na szacunek niż karę? Kreonie, Tebańczycy, rozważcie moje słowa, zanim będzie za późno. Julia Lenarcik, 3e CHARAKTERYSTYKA ANTYGONY

MODA NA POLSKI nr 6/112 Istotną cechą Antygony jest także jej pogarda w stosunku do bojaźliwości i tchórzostwa. Widać to w jej rozmowie z Ismeną: gdy ta otwarcie przyznaje, że boi się pochować brata, Antygona wyraźnie nią gardzi. Okazuje również dumę, nie boi się sprzeciwić Kreonowi, co w czasach sta-rożytnej Grecji było czynem bardzo nietypowym – kobiety stały wówczas znacznie niżej od mężczyzn. Antygona to prawdziwa księżniczka, której życiowe tragedie nie złamały, a wręcz przeciwnie – umocniły, uczyniły silniejszą. Dla Antygony zdecydowanie najważniejsza jest rodzina. To dlatego towarzyszyła pokutującemu i oślepionemu Edypowi, gdy nikomu z rodzeństwa nie przyszło to do głowy. Troskę o bliskich widać również w jej bardzo odważnym czynie pochowania brata mimo zakazu Kreona – wedle wierzeń starożytnych Greków, niepogrzebany człowiek nie mógł zaznać spokoju życia wiecznego. Co ważniejsze, Antygona nie widziała w Polinejkesie zdrajcy – liczyło się dla niej tylko to, że jest jej bratem. Dopełniła siostrzanego obowiązku, mimo że Polinejkes zgubił swoją drogę. Swego rodzaju troskę widać również w jej relacji z nieporadną Ismeną – w momencie, gdy siostra chce wziąć część winy na siebie, Antygona się na to nie zgadza. Choć głównym motywem tej decyzji było ukazanie pogardy wobec bojaźliwości Ismeny, bardzo możliwe, że ważne było dla niej również dobro siostry. Istotna w zrozumieniu postaci Antygony jest jej relacja z Kreonem. Oboje byli przekonani o swoich racjach, a ich czyny umotywowane były czym innym – Antygona kierowała się sercem, Kreon rozumem. Dziewczyna uważa wuja za tyrana, który nie liczy się z uczuciami innych, z kolei Kreon uważa Antygonę za zagrożenie – była kobietą i sprzeciwiła mu się, co mogło zagrozić jego autorytetowi władcy. Antygona to postać godna podziwu i naśladowania. Chyba każdy chciałby umieć tak uparcie walczyć o swoje racje. Rzadko spotyka się kogoś, kto dla innych ludzi jest w stanie poświęcić życie. Ola Jackiewicz, 3g

"Ona to spełniła, zaprzeczyć nie myśli” Antygona to główna i tytu-łowa bohaterka jednego z najsłynniejszych drama-tów Sofoklesa. Urodziła się w rodzinie królewskiej rządzącej w Tebach, w przeklętym rodzie Lab-dakidów, jako owoc kazirodczego związku między Edypem i Jokastą, a także siostra Ismeny, Polinejkesa oraz Eteoklesa. Wbrew zakazowi jej wuja, Kreo-na, chowa Polinejkesa, który najechał na Teby, i zginął w bratobójczej walce z Eteoklesem. Główna bohaterka drama-tu to osoba absolutnie pe-wna swoich racji. Zdając sobie sprawę z konsekwe-ncji, nie waha się ani chwili, i chowa Polinejke-sa. Dowodzi to jej nieza-chwianej odwagi, która pcha ją do działania. Ta postawa jest godna podziwu: dziewczyna stawia innych ponad sie-bie, co dobitnie świadczy o jej altruizmie. "Folwark zwierzęcy" jako utwór alegoryczny

MODA NA POLSKI nr 6/112

„Folwark zwierzęcy” jest powieścią G. Orwella, któ-ra powstawała w latach 1943-1945, a więc w cza-sach wojny. Autor starał się w jej treści opisać sy-tuację polityczną, jaka panowała w ZSRR, jedno-cześnie ukrywając ją w świecie zwierząt. Wszys-tkie aluzje do prawdzi-wych wydarzeń są bardzo wyraźne, dlatego będę starała się udowodnić te-zę, iż „Folwark zwierzęcy” to utwór alegoryczny. Pierwszy argument to obecność w powieści zwierzęcych bohaterów, którzy mają ludzkie cechy. Większość postaci, wystę-pujących w lekturze, nie jest ludźmi, a pomimo te-go potrafią mówić, logicz-nie myśleć, planować swo-ją przyszłość. Odczuwają wszystkie ludzkie emocje, walczą o swoje prawa i us-talają zasady funkcjono-wania w folwarku, co w świecie rzeczywistym by-łoby niemożliwe. Po drugie, każde zwierzę reprezentuje określoną grupę ludzi. Świnie mają cechy władców, konie zachowują się jak robot-nicy, a owce są bezreflek-syjnymi klakierami. W ka-żdym z bohaterów można odnaleźć cechy odpowia-dające grupom mieszkań-ców ZSRR, a sam folwark nietrudno jest porównać z tym państwem. Trzecim argumentem, któ-ry wykorzystam, będzie podobieństwo wydarzeń opisanych w powieści, do zdarzeń, które miały miejsce w ZSRR. Począ-wszy od rządów cara, któ-re symbolizuje panowanie Jonesa, aż do konferencji w Teheranie, przedstawio-nej jako biesiada świń i lu-dzi, każdy ważny aspekt historii ZSRR ma swoje odzwierciedlenie w powie-ści. Powstanie zwierząt sy-mbolizuje Rewolucję Paź-dziernikową; wygnanie Snowballa i przejęcie wła-dzy przez Napoleona to początek rządów Józefa Stalina. Czytelnik odnaj-duje te aluzje bez trudu, co pozwala zrozumieć tę powieść inaczej, niż his- torię o zwierzętach, bun-tujących się w folwarku. Podsumowując, stwier-dzam, że udało mi się udowodnić alegoryczność „Folwarku zwierzęcego”. Żadne z przedstawionych wydarzeń nie może być odebrane dosłownie. Wszystko, co zostało ukazane w powieści, to symbole autentycznego świata ZSRR. Kinga Wojciechowska 3f ROZPRAWKA

MODA NA POLSKI nr 6/112 Po wielu latach ciężkiej pracy i niedożywienia Boxer zmienił się. Nadal był masywny, ale już nie tak silny. Jego sierść nie błyszczała, a on sam schudł. Boxer był bardzo silny i pracowity, jednocześnie łatwo-wierny. Te cechy, które pomagały mu w pracy na fol-warku, doprowadziły do wyzyskiwania go przez świnie. To może pokazywać, że był bohaterem tragicznym. Ciężko pracował, a jego upór, zawziętość i silna wola były bardzo cenione i szanowane przez inne zwierzęta. Niestety, świnie wykorzystały fakt, że Boxer nie był zbyt inteligentny, więc nakłaniały go do coraz dłuższej i cięższej pracy. Koń ten jest alegorią zwykłego, prostego człowieka, który, mimo że całe życie bardzo ciężko pracował, to  gdy był już niepotrzebny, został usunięty ze społeczeństwa w haniebny i niezasłużony sposób. To właśnie może być drugim argumentem na to, że Boxer był bohaterem tragicznym. Oprócz tego, koń chciał jak najlepiej dla ogółu społeczeństwa, więc bardzo się poświęcał. Kazał kogutowi budzić się wcześniej niż inne zwierzęta, aby pracować nad budową wiatraka. Trzecim argumentem potwierdzającym tragizm Boxera jest to  że całe życie go oszukiwano. Myślał, że dzięki ciężkiej pracy, gdy przyjdzie czas odpoczynku, zostanie nagrodzony i zostawiony w spokoju, a tymczasem świnie przez manipulację niezbyt inteligentnym koniem i kłamstwa, „skazały” go na zapracowanie, które doprowadziło do śmierci. Boxer przez swoje założenia, które brzmiały: „Napoleon ma zawsze rację” oraz „Będę więcej pracował”, pokazał swój szacunek do władzy i wzbudził respekt wśród innych. Reasumując, uważam, że Boxer był bohaterem tragicznym, ale miał w sobie wiele cech charakteru, które są warte naśladowania. Był on alegorią człowieka prostego, który całkowicie podporządkował się władzy i nic za to nie dostał, a jego pracowitość zasługuje na pochwałę, na pewno nie na haniebną śmierć. Marta Jabłońska, 3g

BOXER JAKO BOHATER TRAGICZNY Jednym z  bohaterów po-wieści George'a Orwella pt. „Folwark Zwierzęcy” był koń Boxer. Mieszkał on razem z innymi zwie-rzętami w folwarku nale-żącym początkowo do pa-na Jonesa, który później, po powstaniu, przek-ształcił się w Folwark Zwierzęcy zarządzany przez świnie. Boxer nie miał żadnej rodziny, ale lubił spędzać czas z osłem Benjaminem i klaczą o imieniu Clover. Koń ten w ciągu akcji „Folwarku Zwierzęcego” zmienił się diametralnie pod względem fizycznym. Początkowo był młodym koniem o sile większej niż siła wszystkich zwierząt w folwarku. Jego potężna budowa, muskulatura i wielkie kopyta wzbudzały podziw wśród innych. Miał czarną, błyszczącą sierść z niewielką, białą plamką na nosie, która nadawała mu neico głupkowaty wygląd. ROZPRAWKA

MODA NA POLSKI nr 6/112 Przykładem może być postawa Napoleona z „Folwarku zwierzęcego” George’a Orwella. Nie potrafił zaoferować niczego mądrzejszego niż Snowball, więc postanowił po-zbyć się go, korzystając ze swojego prywatnego psiego wojska. Gdy objął rządy, nic dobrego z nich nie wynikło. Następnym argumentem, jaki przytoczę, jest to, że żądza władzy zaślepia ludzkie sumienie i człowiek przestaje odróżniać dobro od zła. Jeśli tego nie potrafi robić, zaczyna myśleć, iż wszystko, co uczyni, aby zachować władzę, jest moralnie w porządku. Bez tej żądzy nato-miast nikt nie pragnąłby być władcą, dlatego jest ona nieodłączną przyjaciółką władzy. W wyniku tego człowiek przestaje liczyć się ze sprawiedliwością, uczciwością czy nawet miłóścią wobec bliskich. Tak było w przypadku Balladyny, bohaterki dzieła Juliusza Słowackiego, która ogarnięta pragnieniem władzy była w stanie zabić każ-dego, kto mógł przeszkodzić jej w zostaniu królową. Kiedy władca pokona drogę prowadzącą go do narzucenia swej woli innym ludziom, korzysta z możliwości, jakie ona daje. Czuje się ważniejszy od innych, dysponuje niezmierzonymi bogactwami i przywilejami oraz ma niezliczoną ilość poddanych, gotowych spełnić każde polecenie swego pana. Tylko nieliczni są w stanie wykorzystać te przywileje w dobrych celach. Większość jednak myśli tylko o sobie. Wykorzystują lud do tego, żeby im było dobrze, gdyż pokusa jest zbyt wielka. Potwierdza to sposób rządzenia Napoleona, który dość szybko zaczął łamać najważniejsze zasady zwierząt i upodobnił się do ludzi. Jego poddani nigdy nie mieli go-rzej niż za jego panowania. Argumenty, na które się powołałem, w zupełności wys-tarczają do potwierdzenia mojej racji, chociaż można by tu podać ich jeszcze więcej. Dowodzą, iż władza jest zła sama w sobie. Wpływa na to zarówno sposób jej zdobycia, jak i przywileje, jakie daje. Dawid Radłowski, 3g

Władza jest drogą do zła... Uważam, że władza jest tym, co może zniszczyć w człowieku wszystko, co dobre. Bywa zdoby-wana w nieuczciwy spo-sób, a skoro już jej korze-nie są sprzeczne z moral-nością, sama w sobie nie będzie przynosiła dobrych owoców. Postaram się podać kilka argumentów, które potwierdzą moją opinię. Należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki władza jest osiągana. Czasem zdobywa się ją poprzez kłamstwo lub przemoc. Wynika to z tego, że zaró-wno ten, kto rządzi, jak i ten kto pragnie rządzić, równie mocno kochają władzę. Obie strony wal-czą o nią z taką samą za-wziętością, co nierzadko wymusza użycie podstępu albo nieuczciwego zagra-nia lub jednego i drugiego. Wpływa to na myślenie i charakter władców biorących udział w tej wojnie. Zdrowie jako wartość

MODA NA POLSKI nr 6/112

W dzisiejszych czasach ludzie coraz częściej za-niedbują swoje zdrowie. Ważniejsze są dla nich na przykład kariera i zaba-wa. Ja jednak w swojej pracy postaram się poka-zać, dlaczego zdrowie jest wartością, o którą każdy człowiek powinien dbać. Zacznę od tego, że czło-wiek chory ma problemy z wykonywaniem najpros-tszych czynności. Przykła-dem mogą być osoby cier-piące na chorobę Alzhei-mera lub chorobę Parkin-sona. Ludzie dotknięci tymi chorobami wymagają stałej opieki, gdyż nie są w stanie sami sobie po-radzić. Niestety, nie moż-na wyeliminować ryzyka zachorowania na te przy-padłości, ale można zmniejszyć ryzyko poprzez zdrowe odżywianie, regu-larne ćwiczenia fizyczne, wysiłek intelektualny lub kontakty z innymi ludźmi. Kolejna sprawa to utwory literackie, w których poru-szane są tematy dotyczące zdrowia. Można w nich znaleźć powody, dla których warto dbać o swoje zdrowie. Jako przykładem posłużę się fraszką Jana Kochanow-skiego "Na zdrowie". Jak widać, już w XVI wieku lu-dzie dostrzegali, że o zdrowie trzeba dbać, gdyż jest ono najwyższą warto-ścią i nic nam go nie zas-tąpi. W swoim dziele pol-ski poeta przekazuje nam, że nawet bogactwo i uroda nic nam nie dadzą, kiedy nie będziemy mieli zdro-wia. Z doświadczenia wiem, że człowiek chory nie mo-że się na niczym skupić i jest strasznie osłabiony. Nie wystarczy jednak tro-szczyć się tylko o to, aby się nie przeziębić, ale ró-wnież dbać o to, aby nie zachorować na poważnie-jsze chorobyw przyszłości. Jak wynika z przytoczonych argumen-tów, o zdrowie trzeba dbać, ponieważ jest ono najwyższą wartością. Jeśli zachorujemy, będziemy potrzebować pomocy in-nych, gdyż sami możemy sobie nie poradzić z tym, co teraz wydaje się pro-ste. Musimy więc pamię-tać, że czasem lepiej zre-zygnować z czegoś, na czym obecnie bardzo nam zależy, aby w przysz-łości nie przypłacić tego własnym zdrowiem. Radek Kuźma, 3f WYWIAD Z PANIĄ RÓŻĄ

MODA NA POLSKI nr 6/112 R: Podstawową zasadą dotycząca opieki nad dziećmi jest zaprzyjaźnienie się z nimi oraz ofiarowanie im wolnego czasu. Trzeba pokazać, że pomimo choroby mogą żyć no-rmalnie. Ciągle trzeba dawać im nadzieję na lepsze jutro, jednocześnie ucząc czerpania radości z każdej chwili. D: Czy osoba zajmująca się chorymi dziećmi musi mieć do tego odpowiednie predyspozycje? R: Każdy z wolontariuszy inaczej przeżywa spotkanie z chorym, bo nikt nie ma dokładnie takiej samej wrażli-wości - każdy jest inny, ale wszyscy, którzy chcą poma-gać, muszą być silni z i wielkim zaangażowaniem, poświę-ceniem, determinacją muszą przekazywać dzieciakom dobrą energię, wsparcie, motywację i chęć do walki. D: Jak współpracuje Pani z rodzicami chorych dzieci? R: Zawsze staram się uświadamiać rodzicom, że nie po-winni oddalać od dziecka, ale w ostatnich chwilach jeszcze bardziej się do niego zbliżać i okazywać wielką miłość. Rodzice muszą zaakceptować, że ich dziecko jest chore. Nie wolno im unikać problemu i głuchnąć na słowo „śmierć" D: No właśnie, jak to jest ze śmiercią? R: Dotyczy nas wszystkich, dlatego trzeba o niej mówić - dzieciom też…; choć uważam, że jest to niełatwe zadanie, bo rozmawianie o tym, co przykre i smutne zawsze przy-chodzi z ciężkim sercem i żalem. Staram się, aby dzieci miały świadomość tego, że czeka je śmierć, dlatego moim celem jest to, aby „przeżyły życie”, czyli w krótkim czasie doświadczyły tego, co zdrowy człowiek przez 80 lat. D: A co Pani otrzymuje w zamian od tych dzieci? R: Pokazują mi, że nie należy bać się tego, co się z nami dzieje. Uczą mnie prawdziwej szczerości i otwartości na drugiego człowieka, bo nie oceniają nikogo po wyglą-dzie, nie zwracają uwagi na to, ile kto ma pieniędzy ani gdzie pracuje. Jestem im za to ogromnie wdzięczna… D: Czy miewa Pani chwile zwątpienia, że opieka jest nie-potrzebna, bo dziecko i tak umrze? R: Musiałabym nie mieć sumienia! Każdy z nas kiedyś umrze - jedni wcześniej, inni później, dlatego właśnie w tym trudnym okresie życia należy chorym dzieciom poświęcać jak najwięcej uwagi. D: Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę Pani charyzmy, wytrwałości i pogody ducha. R: Dziękuję również. Martyna Kłoczewiak, 3f

Czy dziecko może w ciągu kilku dni poz-nać smak miłości, przy-jaźni, zawodu, niesz-częścia, cierpienia, odpowiedzialności? Pani Róża to jedna z wolontariuszek, która pomaga chorym dzieciom „chwytać dzień” i „przeżyć życie.” ("Oskar i pani Róża") DZIENNIKARZ: Dzień dobry Pani Różo! Co skło-niło panią, aby bezintere-sownie pomagać chorym dzieciom w szpitalach? Przecież to wymaga wiel-kiego poświęcenia i wyro-zumiałości… RÓŻA: Kiedyś byłam w szpitalu, aby odwiedzić moją znajomą, lecz przez przypadek pomyliłam od-działy i trafiłam na onkolo-gię dziecięcą. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że to wielka nies-prawiedliwość, że małe dzieci muszą cierpieć i umierać. Przecież nie taki jest porządek świata? Tamto wydarzenie skłoniło mnie, aby zacząć opie-kować się pacjentami cho-rującymi na nieuleczalne choroby. D: Na czym polega zajmowanie się takimi dziećmi?

MODA NA POLSKI nr 6/112

Co według ciebie jest silniejsze u człowieka – egoizm czy altruizm? Egoizm oraz altruizm to dwa przeciwstawne po-jęcia. Pierwsze oznacza działanie tylko we włas-nym interesie, natomiast drugie – bezinteresowne czyny na korzyść innych. Wiele osób na pewno za-daje sobie pytanie, która z tych dwóch cech przeja-wia się silniej u człowieka. Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w poniższej rozprawce. Pomimo iż sa-ma staram się działać al-truistycznie, uważam, że w zachowaniu człowie-ka częściej przejawia się egoizm. Dobry przykład na zobra-zowanie mojej opinii to postać Balladyny z dra-matu Juliusza Słowackiego o tym samym tytule. Bo-haterka ta szła do celu po trupach, nie zważając na to, że krzywdzi innych. Bez chwili wahania skaza-ła na okrutny los swoją matkę oraz zabiła wszys-tkich, którzy stanęli jej na drodze do władzy – między innymi swoją własną siostrę, Alinę. Nie ma w niej ani trochę refle-ksji nad podjętymi działa-niami. Postawa Balladyny zasługuje na pogardę. Kolejnym przykładem do-wodzącym słuszności mo-jej opinii jest Rejent Mil-czek, bohater "Zemsty" Aleksandra Fredry. Choć być może jego egoizmu nie widać tak wyraźnie jak u Balladyny, to jednak da się go zauważyć. W imię sporów ze swoim największym rywalem Cześnikiem, Rejent gotów był przekreślić szanse sy-na na szczęśliwe życie u boku ukochanej. To za-chowanie tak samo okru-tne i pozbawione empatii jak działania Balladyny. Nie dość, że jego pobudki są dziecinne, to jeszcze dowodzi, że własny syn to dla niego przedmiot, z pomocą którego mógłby dopiec znienawidzonemu Cześnikowi. Ostatnim przykładem na potwierdzenie mojego zdania jest postać z serii książek spoza kanonu lek-tur gimnazjalnych. Mówię o Cersei Lannister, boha-terce serii "Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R Martina. Cersei to kobieta żadna władzy i potęgi, która, podobnie jak Balla-dyna, dla własnych inte-resów jest w stanie zrobić wszystko. Wydaje się, że zależy jej jedynie na własnych dzieciach, ale i w tej trosce można dos-trzec pewien egoizm – kiedy była młodą dzie-wczyną, usłyszała pewną przepowiednię, która poło-żyła cień na całe jej póź-niejsze życie. Gdy zabor-czo opiekowała się dzieć-mi, jednocześnie starała się, aby złowieszcza wróż-ba się nie spełniła. Cersei doczekała się jednak kary za swoje niecne czyny, co – być może – wpłynęło na jej późniejsze zacho-wanie. Wierzę, że zrozu-miała swoje błędy, porzu-ciła dumę i zaczęła praw-dziwie działać dla dobra swoich pociech. Choć altruizm to cecha go-dna podziwu, ludzie od za-wsze byli, są i będą egoi-stami. Być może pewna doza tej cechy nie jest zła – ważne, aby nie mieć jej w nadmiarze. Istnieje tak-że inna pułapka, którą nazywam fałszywym altru-izmem – jest to działanie dla innych tylko po to, aby samemu poczuć się "dob-rym człowiekiem”. Taka bezinteresowność nie wy-nika z chęci pomocy, a z próżności i zadufania w sobie. Uważam, że każ-dy człowiek to trochę egoista, a trochę altruista, i to od nas zależy, którą drogą pójdziemy. Warto pomagać innym i jedno-cześnie mieć trochę zdrowej samolubności. Ola Jackiewicz, 3g Warto czytać książki H. Sienkiewicza
Z twórczością Henryka Sienkiewicza spotykamy się już w szkole podstawowej i towarzyszy nam ona aż do szkoły ponadgimnazjalnej.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Są to powieści historyczne takie jak: „Krzyżacy”, „Quo vadis?”, „Potop”, „Pan Wołodyjowski”, czy przygodowe - „W pu-styni i w puszczy”. Możemy też przeczytać nowele: „Latarnika”, „Sachem”. Uważam, że warto poznać dzieła tego wybitnego XIX -wiecznego pisarza. Powieści historyczne Henryka Sienkiewicza zawierają wiele cennych informacji o epo-ce, w której rozgrywa się akcja. Pisarz nie zawsze jest wierny faktom, niekiedy je przekształca. Z książek tych możemy też dowiedzieć się wiele o kulturze, oby-czajach, strojach, zabawach z danego ok-resu. Wiemy, że Sienkiewicz przygotowy-wał się do pisania swoich dzieł poprzez czytanie pamiętników, kronik, dzieł nau-kowych oraz innych tekstów kultury zwią-zanych z tamtymi epokami. Wiedza histo-ryczna podana jest w lekkiej, przyjemnej oraz atrakcyjnej formie. W dziełach Henryka Sienkiewicza wystę-pują bardzo ciekawi i nietuzinkowi boha-terowie. Przeżywają oni niezwykłe przygo-dy, dokonują wielkich czynów. Na przy-kładzie ich losów pisarz pokazuje, że na-wet bohater, który zbłądził, może jeszcze wszystko naprawić i zrehabilitować się. Powieści te mogą być źródłem natchnienia dla tych, którzy zrobili coś złego, popełnili jakiś błąd, do tego, żeby się zmienić. Sienkiewicz tworzył w czasach, kiedy Pol-ska była pod zaborami, kolejne zrywy na-rodowościowe kończyły się klęskami, wielu Polaków traciło nadzieję na odzyskanie niepodległości. Sienkiewicz udowadniał, że jeśli nie poddamy się, nie zrezygnu-jemy z walki, to zakończy się ona zwycięstwem. Mimo że książki te powstały w XIXwieku, a akcja w nich często rozgrywała się jesz-cze wcześniej, mentalność bohaterów jest podobna do mentalności współczesnego człowieka, przeżywali oni podobne uczu-cia, a ich reakcje nie różnią się wiele od naszych. Czyni to twórczość Sienkie-wicza uniwersalną, pozwala nam zżyć się z postaciami, a jednocześnie powoduje, że książki te są ciekawe. W dzisiejszych czasach na rynku czytel-niczym znajduje się wiele książek, w ca-łym tym wielkim wyborze rozmaitości war-to sięgnąć po twórczość H. Sienkiewicza, ponieważ dostarcza nam ona wiedzy his-torycznej, rozbudza patriotyzm, jest po-nadczasowa, a do tego bardzo ciekawa, wartko płynie w niej akcja. Czas poświęcony na poznawanie tych dzieł jest, moim zdaniem, bardzo dobrze wykorzystany. Jakub Płoski, Na przekór (opowiadanie)
Mój pokój był pogrążony w całkowitej ciemności. […] Był nów. Zastanawiałam się, od ilu godzin nie mogłam zas-nąć. A może tak naprawdę nie minęło więcej niż 15 minut? […] Nie wiedziałam, kiedy odpłynęłam.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Dzisiejszej nocy wylądowałam na kamie-nistej plaży. […] Dla sprawdzenia mojej teorii zanurzyłam stopę w wodzie, a na horyzoncie pojawiła się ciemność z moje-go pokoju. Tak jak myślałam, plaża była granicą między snem a rzeczywistością. Nad moją głową przeleciał jakiś ptak. Był cały biały, tylko na brzuszku miał podłu-żne, czarne plamki. Usiadł na gałązce as-fodelusa rosnącego na wybrzeżu i zaśpie-wał… a w zasadzie zagrał. Jego śpiew przypominał grę na pianinie. Po chwili przyleciał drugi, podobny z wyglądu do słowika. Miał złote piórka i był mniejszy od poprzedniego. Z kolei on wydawał z siebie dźwięki hałaśliwej trąbki. Ponie-waż muzyka kojarzyła mi się z czymś dob-rym, pobiegłam za ptakami, które szybko poleciały w stronę pobliskich wrzosowisk. […] Dotarłam do starego lasu i niewielkiej polanki. Tam oba ptaki wzniosły się wyso-ko w górę. Rozejrzałam się dookoła. Drze-wa były niezwykłe. Nad błyszczącym stru-mieniem pochylała się wierzba, z której witek kapały perliste krople, przypomina-jące łzy. Jednak najbardziej przykuwało uwagę drzewo stojące na środku polany. Było bardzo stare. Miało czarny jak węgiel pień i konary. Na gałęziach rosły kwiaty delikatne i szare jak popiół. Nie… one były z popiołu! Na brzeżkach płatków błyskała pomarańczowa otoczka z żaru. - Jest niesamowite, prawda? - odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam, że stała za mną wysoka kobieca postać. Miała cho-chlikowatą twarz ze spiczastymi uszami okoloną kaskadą długich, falowanych, kruczoczarnych włosów. […] - Kim jesteś? - zapytałam. - Jestem Caligo. Pochodzę ze szczepu Mitrian - odpowiedziała z uśmiechem. -  Przywołałam cię tutaj, abyś pomogła mnie i mojemu ludowi. Nasza kraina, Feria, zos-tała napadnięta przez istotę, która rzuciła na nią urok. Wszystko, co tu żyje codzien-nie, w tym samym czasie wykonuje tę sa-mą czynność. Dzieci nie mogą rosnąć i się rozwijać, nasza praca idzie na marne, bo kolejnego dnia i tak trzeba wszystko zacząć od nowa. Jedyną rzeczą, która się u nas zmienia, to myśli. - Jesteś odporna na ten czar? – zapyta-łam, nie do końca rozumiejąc, o czym mówi nieznajoma. - Sądzę, że odkąd się pojawiłaś, pewien obszar jest wyjęty spod uroku. Dlatego mogłam się tu pojawić. - Kim jest ta istota? - Nikt z nas tego nie wie. Nazwaliśmy ją Tycja. - Więc… nie wiecie, jak z nią walczyć. - Nikt jej nigdy nie widział, nawet nie wiemy, gdzie jest - powiedziała ze smut-kiem w głosie. Po pewnym zastanowieniu stwierdziłam: - W porządku, pomogę wam. Nie masz

MODA NA POLSKI nr 6/112

może jakieś wskazówki, gdzie ją mogę znaleźć?  Myślę, że powinnaś kierować się pod wiatr, - odpowiedziała z lekkim uśmie-chem - a potem poznasz, że jesteś na właściwej drodze - dodała tajemniczo. […] Z lekkim westchnieniem udałam się naprzód. Wędrowałam dość długo, ale sło-ńce cały czas było w jednej pozycji. […] Z każdym krokiem zaczęła mnie ogarniać monotonność. Starałam się o tym nie my-śleć. Uczucie było bardzo silne i zdałam sobie sprawę, że to jest to, o czym mnie uprzedzała Caligo. Byłam u celu. Czułam to w każdym mięśniu spiętym ze zdene-rwowania. Kiedy nagle… grunt usunął mi się spod nóg i zaczęłam spadać w głąb ziemi. Ude-rzyłam głucho o dno i z szybko bijącym sercem podniosłam się i rozejrzałam. W jaskini, w której się znalazłam, nie było nic prócz dwóch pochodni i zwisających, gęstych korzeni. Były splecione tak, aby tworzyły coś w rodzaju tronu. Na nim sie-działa kobieta. Miała długie, proste włosy o brunatnym odcieniu i szare oczy bez wy-razu. Ubrana była w szarą szatę. Biła od niej dziwna siła i dopiero, kiedy się odezwała, wiedziałam, co to jest. To była monotonność, ta sama, która ogarnęła mnie po drodze, a Tycja była ucieleśnie-niem rutyny, gnębiącej mieszkańców Ferii. - Witaj w moich skromnych progach -  po-wiedziała swoim monotonnym do bólu głosem. - Skromnych to mało powiedziane - od-rzekłam. Jej wyraz twarzy nie zmienił się zupełnie. - Przysłali cię tutaj Mitrianie, zgadza się? Tak, ich lud jest bardzo słaby, zawsze umywają od wszystkiego ręce. Sądzą, że jesteś ich jedyną nadzieją. - Są słabi przez ciebie i urok, który na nich rzuciłaś. Po co na nich napadłaś? - Czerpię przyjemność, kiedy patrzę na ich cierpienie związane z syzyfową pracą. Lubię obserwować, jak wszyscy wpadają w rutynę i stają się przez nią coraz słabsi, a ja rosnę w siłę. Zdenerwowała mnie tym. Nie znosiłam, kiedy ktoś wykorzystywał innych dla zaba-wy. Gwałtownie wyjęłam jedną z pochodni z uchwytu, a ten gest sprawił, że pozba-wioną wyrazu twarz Tycji skrzywił pasku-dny grymas. […] Wtedy zdałam sobie sprawę, co musiałam zrobić. Jedynym sposobem, w jaki mogłam ją pokonać, było zniszczenie w niej rutyny  jej najwię-kszej i jedynej broni. Chciałam ją dopro-wadzić do furii w taki sposób, aby znisz-czyła samą siebie, więc zaczęłam w nią ciskać kamieniami, które gładko przelaty-wały przez jej ciało, ale wywoływały emo-cje. W końcu Tycja poderwała się z tronu wzburzona gniewem, a ja osiągnęłam swój cel. Ten nagły ruch spowodował, że potwór zniszczył swoją największą broń  rutynę. Tycja, z przerażeniem w oczach, zaczęła się obracać w chmurę siwego dy-mu, który rozwiał się w powietrzu. […] Do jaskini wpadło światło dnia, więc już wiedziałam, jak wydostanę się na po-wierzchnię. Wyszłam przez dziuplę w tym niezwykłym drzewie na środku polany, na której spotkałam Caligo. Mitrianka cze-kała już tam na mnie. Sam fakt, że tam była, utwierdził mnie w przekonaniu, że wykonałam zadanie. Caligo odprowa-dziła mnie na plażę i powiedziała: - W imieniu mojego szczepu pragnę ci podziękować za wyzwolenie nas spod uroku Tycji. Bez twojej pomocy tkwilibyś-my w martwym punkcie. Dziękuję.   - Jeśli znowu nawiedzi was rutyna, to daj mi znać. Chyba już wiem, jak ją pokonać. Uśmiechnęłam się lekko i weszłam do oce-anu, daleko, daleko, daleko, aż pochłonęła mnie ciemność. (Weronika Cyran, 3e) PRÓBA WYOBRAŹNI
Mały Książę odwiedza jeszcze jedną planetę… - napisz swoją wersję kolejnego rozdziału książki Antoine’a de Saint- Exupe-ry’ego
MODA NA POLSKI nr 6/112

Encyklopedia nie nauczy kochać Na kolejnej planecie, którą odwiedził Mały Książę, miesz-kała stara Sowa. Gwiazda była niewielka, pełna notatek i encyklopedii. Podobno jej jedyna mieszkanka miała wiedzę na każdy temat. - Dzień dobry! - powiedział wesoło Mały Książę. - Uważasz, że dzień jest dobry, ponieważ ty się dobrze czujesz, czy chcesz tym zwrotem polepszyć mi humor? „Dzień dobry” to pojęcie względne - odpowiedziała powa-żnym tonem, nie odrywając wzroku od swoich notatek. - Po prostu chciałem się przywitać… - odparł cicho -Sowo… Czy mógłbym zadać ci pytanie, które dręczy mnie od dawna? - Oczywiście! Uwielbiam pytania! Jestem w stanie odpo-wiedzieć na każde z nich. - wykrzyknęła. - Więc powiedz mi, proszę, co to jest miłość? - Och, to bardzo proste! Miłość to impuls wysyłany przez układ nerwowy do mózgu, gdzie… - Nie, nie – przerwał - chodzi mi o miłość, czyli o motyle w brzuchu, poczucie przynależności do kogoś innego… Sowa zaczęła niespokojnie przeglądać swoje notatki i mó-wić coś pod nosem. Czyżby nie znała odpowiedzi? Ona? Najmądrzejsza z mądrych? - Ty… Ty… Ty chyba musisz już iść. - powiedziała Sowa, nawet nie patrząc na chłopca. Mały Książę bez słowa opuścił planetę „wszechwiedzącej”. Był smutny, ale nie dlatego, że nie uzyskał odpowiedzi, lecz dlatego, że tak naprawdę Sowa była bardzo biedna. Miała wiedzę, ale tylko książkową, a o przyjaźni, miłości, nie wiedziała nic. Nie miała pojęcia o najważniejszych wartościach życia… Ada Woźniewicz, 2d Kto – według ciebie- powinien przeczytać „Małego Księcia“: dzieci, dorośli, samotni, zakochani…?

MODA NA POLSKI nr 6/112

Kto – według ciebie - powinien przeczytać „Małego Księcia“: dzieci, dorośli, samotni, zakochani…? Przeczytałam ostatnio książkę "Mały Książę". Za-częłam się nad nią głębo-ko zastanawiać. Stwierdzi-łam, że jest ona niezwyk-ła, ponieważ każdy - nie-zależnie od wieku - może ją przeczytać. Mimo że jest dedykowana przede wszystkim dzie-ciom, szczególną uwagę powinni na nią zwrócić lu-dzie dorośli. Myślę, że nie-którym z nich bardzo by się to przydało. Oni nie potrafią cieszyć się życiem jak dzieci. Według nich ca-ły świat opiera się na pie-niądzach i tym, ile kto ma. Są materialistami. To jest bardzo smutne, bo często nie zwracają uwagi na uczucia. Zamykają się we własnym świecie pracy i obowiązków, a życie przelatuje im przez palce. Na nic nie mają czasu. Myślę, że gdyby człowiek dorosły znalazł chęć i po-święcił chwilę czasu na przeczytanie książki "Mały Książę", w jego ży-ciu coś by się zmieniło. Coś niewielkiego, ale bar-dzo istotnego. Okazałby może wrażliwość na uczu-cia i w pewnym stopniu zacząłby zastanawiać się nad swoim życiem, czy wszystko jest w porządku. Może taki dorosły przy-pomniałby sobie siebie i swoje zachowania, kiedy był dzieckiem. Zrozumiał-by, jakimi wartościami kierował się kiedyś w ży-ciu. (Sama mam coraz mniej czasu. Jestem cały czas zmęczona, a zabawy młodszych braci często mnie irytują. Wracam pa-mięcią do "Małego Księcia" i jest mi przykro, że odda-liłam się od tego wspania-łego okresu, kiedy nic nie było trudne. Od dzieciń-stwa). Młodsi czytelnicy, czytając tę książkę, odnajdują w postaci Małego Księcia przyjaciela, chłopca podo-bnego do siebie, który myśli i czuje jak one. Dzieci bardzo dużo rozu-mieją. Zwłaszcza młodzież odnajduje w tym głębszy sens. Najlepiej umiemy odczuć to  co przekazuje nam "Mały Książę"- praw-dę o przyjaźni i miłości. Ostrzeżenie, aby nie znie-czulać się na różne zacho-wania i uczucia, by "pat-rzeć sercem" i nie zapo-minać o najważniejszych wartościach. (Niektórzy niestety o tym zapomi-nają.) Ludzie samotni, czytając tę książkę, mogą zdać so-bie sprawę, że nie są je-dyni, że osób takich jak one, jest więcej. Może ot-worzą się na innych. Prze-staną zamykać się we wła-snym świecie. Ludzie zakochani mogą zrozumieć, czym napraw-dę jest miłość. Przykład Małego Księcia i Róży po-kazuje, że miłość to nie jest tylko życie z kimś, lecz życie dla kogoś. Trze-ba być szczerym, bo ina-czej można na zawsze stracić osobę, która jest dla nas naprawdę wszys-tkim. Ludzie próżni, pracoholicy, zachłanni mogą się zasta-nowić nad swoim zacho-waniem i postarać się coś zmienić. Myślę, że nie ma ograniczeń. Każdy może przeczytać "Małego Księcia" i każdy może go na swój sposób inter-pretować. Chyba nie ma na świecie drugiej ta-kiej książki, która byłaby odpowiednia dla każdego. Nie chcę się zmieniać. Bo-ję się, że w przyszłości za-mknę się w swoim świecie i nie będę rozumieć, i nie będę czuć tak jak teraz. Wracam do "Małego Księ-cia", bo dzięki temu mogę za każdym razem na nowo wszystko zrozumieć. Każdy powinien przeczytać "Małego Księcia". Anna Krawczak, 2d Marzeniologia
Marzeniologia to nauka o ludzkich marzeniach, snach, rozmyślaniach, pragnieniach. Jest źró-dłem wielu ciekawych teorii i przemyśleń na temat naszej pod-świadomości. Marzenie składa się z bardzo małych cząsteczek zwanych niebieskomigda-łofonami.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Niebieskomigdałofony w niezbadany dotychczas sposób, dostają się do mózgu przez nos i wywołują w nim pewne procesy. Osoba mająca tę częstą dolegliwość sprawia wrażenie nieobecnej. Kiedy marzymy, bardzo czegoś chcemy. Człowiek nie potrafi kontrolować, kiedy i gdzie niebieskomigdałofony wejdą do naszej głowy. Wiadome do tej pory jest jedynie, że robią to najczęściej, gdy do-pada nas nuda. Wtedy prawdopodobnie nasz rozum wyt-warza substancje, przyciągające maleńkie cząsteczki, któ-re po dostaniu się do wewnątrz tworzą skomplikowaną re-akcję, inaczej bardzochcennologię. Tak w skrócie powsta-ją marzenia. Czasem możemy się spotkać z niezwykle in-teresującym zjawiskiem – świadomosnomarzlogią. Wtedy to te bardzo małe cząsteczki dostają się nam do głowy nocą. Mamy wówczas do czynienia ze snem o naszym pragnieniu. W nadmiernej ilości skutkuje to jednak niez-byt dobrymi efektami. Do ludzi zbyt rozmarzonych nie do-ciera wiele ważnych informacji, ponieważ, jak wcześniej było wspomniane, niebieskomigdałofony zaburzają pracę mózgu. W większości przypadków cząsteczek nie da się całkowicie usunąć. Jedyny sposób to spełnienie naszego życzenia. Gdy mikro cząsteczki długo będą żyły w naszym ciele, rozwiną się. Wówczas będziemy marzyli o czymś jeszcze mocniej, czyli nastąpi megachcielność, co dopro-wadzi do megabigestcanu tj. ogromnej determinacji. Najlepszym lekarstwem na tę przypadłość jest natłok obowiązków lub (w przypadku bujania w obłokach na lekcji) wywołanie do tablicy. Oczywiście marzenia są nam bardzo potrzebne. Bez nich wiele procesów uległoby zakłóceniu. Nie należy jednak tylko chcieć. Trzeba dążyć do ich spełnienia! Maria Piątkowska, 1e Od początku do końca

MODA NA POLSKI nr 6/112

OD POCZĄTKU DO KOŃCA (OPOWIADANIE) Nazywam się Nadzieja Evans, mam 14 lat. Z pochodzenia jestem Polką, a angielskie nazwisko zawdzięczam tacie pochodzą-cemu z Anglii, imię natomiast oczarowało moją mamę. Zawsze gdy pytam ją  dla-czego dała mi tak na imię, odpowiada, że przyszłam na świat w takim momencie, że nie mogła dać mi innego imienia (uro-dziłam tego samego dnia, kiedy siostra mamy, ciocia Laura, przegrała walkę o życie po wypadku samochodowym). Wówczas nikt nie przypuszczał jeszcze, że za 12 lat usłyszymy tak przerażającą diagnozę. Nowotwór. Zdiagnozowaliśmy u państwa córki nowotwór prawej nerki, przerzuty na drugą jeszcze się nie pojawiły, więc najlepiej jest działać szybko – mówił le-karz do rodziców podczas, gdy ja siedzia-łam na krzesełku dla pacjentów, niemal w ogóle nie rozumiejąc, o czym ten czło-wiek mówi. Pamiętam, że po powrocie do domu mama wyjaśniła mi to najspoko-jniej jak mogła, próbując z całych sił pow-strzymać się od płaczu. „Córeczko, jesteś chora, twoja nerka nie pracuje tak jak po-winna, zrobimy z tatą badania i jeśli tylko wyniki będą dobre, któreś z nas odda ci swoją.” Wtedy przytuliła mnie, a mi po-woli zaczynało rozjaśniać się w głowie. Nie pamiętam dokładnie, co działo się w cza-sie między diagnozą a przeszczepem, no… w końcu była to różnica trzech, może czterech tygodni. Pamiętam tylko, jak bar-dzo się bałam przed operacją. Co będzie jeśli się nie obudzę? Czy będzie bolało? Czy nic nie stanie się tacie (tak, to tata oddawał mi nerkę)? W głowie miałam mi-liony pytań, ale byłam zbyt zestresowana i zdezorientowana, by je zadać. Z okresu po operacji też nie przypominam sobie zbyt wiele. Pamiętam tylko kilka szcze-gółów… […] Po wyjściu ze szpitala regularnie przyjeż-dżałam na badania i przez jakiś czas cho-dziłam do szkoły. Teraz, leżąc w szpitalu z zaawansowanym nowotworem drugiej nerki, żałuję, że narzekałam na ogrom nauki, głupich nauczycieli czy denerwu-jące mnie koleżanki. Tak wiele bym dała, żeby teraz móc sobie tak ponarzekać, tymczasem leżę w szpitalu i nie mam ni-kogo, no  nie miałam przez jakiś czas. Około dwóch tygodni po powtórnym wylą-dowaniu w szpitalu na dłuższy czas, cze-kałam na mamę wiozącą mi wyprane ubrania, bieliznę i kosmetyki, zauważyłam chłopaka siedzącego na korytarzu. Wyglą-dał na około 15 lat, był zabójczo przysto-jnym, wysokim, dobrze zbudowanym bru-netem, z lekko kręconą grzywką delikatnie opadającą na prawe oko. Kiedy szłam ko-rytarzem, czułam na sobie jego wzrok, ale zapewne gapił się z jednego powodu, jak wszyscy, byłam przecież łysa, a moja twarz przypominała halloween’ową maskę. […] Przeszłam więc jeszcze kawałek i we-szłam do mojej sali, jak zwykle obijając stojakiem od kroplówki o drzwi. Położyłam się na łóżku, które wydało charaktery-styczny dla siebie skrzypiący dźwięk. Spojrzałam na zegarek, była dopiero 12.30. 12.30! […] Żeby umilić sobie czas, wzięłam kartkę, ołówek i zaczęłam szki-cować. Gdy kończyłam rysunek, usłysza-łam pukanie do drzwi. Kiedy spojrzałam w stronę drzwi, serce niemal mi wysko-czyło. To był chłopak – marzenie z kory-tarza! […] Usiadł na brzegu mojego łóżka. Pachniał tak bajecznie, że miałam ochotę zacząć obwąchiwać jego szyję (oczywiście tego nie zrobiłam), a jego włosy cudownie lśniły w blasku szpitalnej lampy. -Bardzo ładnie rysujesz. Też interesuję się

MODA NA POLSKI nr 6/112

sztuką, może przejdziemy się po kory-tarzu, musisz się tu nudzić, siedząc sama całymi dniami – spojrzał na moją twarz, a ja myślałam, że się rozpłynę, miał takie cudowne, błękitne oczy! - Nie mam nic przeciwko– odpowiedziałam z uśmiechem, którego nie potrafiłam po-wstrzymać. […] - Bardzo miło mi się z tobą rozmawiało, może wymienimy się numerami? Skoro już nudzisz się wieczorami, to moglibyśmy czasem wymienić parę zdań – po tych słowach byłam jedną z najszczęśliwszych dziewcząt na świecie. […] Dziś była sobota, co oznaczało, że Wiktor przyjedzie o 10 i wieczorem. Wzięłam te-lefon do ręki, chcąc napisać SMS do ma-my, o której zamierzają dzisiaj przyje-chać. W pewnym momencie zauważyłam, jak na wyświetlacz kapie czerwona kropla, za nią następna i następna rozbija się o taflę ekranu. Ostrożnie przejechałam dłonią po swojej twarzy. Krew niemalże ciurkiem lała mi się z nosa. Byłam w szo-ku, nie wiedziałam, co się dzieje. Po chwili nacisnęłam guzik zawiadamiający pielę-gniarkę. Lekarz szybko wbiegł do sali i po chwili znalazł się przy moim łóżku. Więcej nie pamiętam. Pamiętam już tylko to  że przy moim łóżku siedzieli rodzice. Mama nie była tak wesoła jak zwykle, ewi-dentnie widziałam łzy w jej oczach. Oczy taty również nienaturalnie błyszczały w świetle szpitalnych lamp. Byłam kom-pletnie wycieńczona. Z ogromnym wysił-kiem, cichym tonem zapytałam, co się dzieje. Mama, próbując powstrzymać łzy, o dziwo, nie zaczęła wciskać mi kitu, że wszystko jest w porządku, jej słowa brzmiały przerażająco, ale uspokoiły mnie. Powiedziała: „Nie martw się o nas, jesteś-my na to gotowi”. Nie musiała nawet używać słowa „śmierć” doskonale wiedzia-łam, że jeszcze dziś, może za godzinę, może za pięć minut, odejdę. Mama, jakby czytając w moich myślach, powiedziała mi, że Wiktor już tu jedzie. Za moment do dwunastki wbiegł zdyszany, przerażo-ny Wiktor, a ja podświadomie lekko unio-słam kąciki ust. Gwałtownie usiadł na krześle obok, podniósł moją dłoń do swoich ust i zaczął delikatnie muskać ją wargami. Siedzieliśmy w ciszy, patrząc na siebie. Po chwili wszystko zaczęło roz-mywać mi się przed oczami, usłyszałam ciągły pisk maszyny monitorującej moje serce i przeraźliwy szloch mamy urywają-cej twarz w ramieniu taty. Ostatnie, co zdołałam usłyszeć, to - „Kocham cię” -    wypowiedziane przez Wiktora. Chciałabym mu odpowiedzieć, jak bardzo ja go poko-chałam, jak wiele dla mnie znaczył, ale już nie mogłam. Teraz stałam obok swojego łóżka, patrząc na swoje ciało, zapłakanego Wiktora wciąż tulącego moją dłoń do swo-jej twarzy, mamę zanoszącą się od płaczu w objęciach taty, którego po raz pierwszy widziałam w takim stanie. Spojrzałam przed siebie, przede mną stała kobieta, którą kojarzyłam z rodzinnych fotografii. - Ciocia Laura? – spytałam. - Tak skarbie, to ja, chodź, musimy już iść – odparła kobieta. - Czy ja umarłam? Boję się. Tak strasznie się boję. Co będzie dalej? – znowu musia-łam powstrzymywać się od płaczu… - Nie bój się. Twoja mama modliła się o to, żebym się tobą zaopiekowała. Musimy iść, kochanie. Spojrzałam za siebie na otaczający mnie świat i salę numer 12. Zobaczyłam trzy najważniejsze w moim życiu osoby. Poma-chałam im, choć już wiedziałam, że mnie nie widzą. Mama nadal zanosiła się pła-czem. Mnie też spłynęła łza po policzku. Złapałam ciocię za rękę i poszłyśmy dłu-gim tunelem wspomnień w stronę światłości… (Julia Klimek, 1g) Martwa natura i ulica (opis obrazu)

MODA NA POLSKI nr 6/112

Obiektem mojego opisu jest grafika autorstwa Maurisa Cornelisa Eschera nosząca tytuł „Martwa natura i ulica”. Na pierwszy plan wysuwa się parapet bądź stół, na którym stoi kilka przedmiotów. Talia niedbale uło-żonych kart odbija się na powierzchni pięknej cukierniczki. Tuż obok leży popielniczka, we wnętrzu której można ujrzeć fajkę i kilka niedopałków. Przedmiot ten rzuca cień na paczkę zapałek znajdującą się w rogu stołu. Po obu bokach widać kolekcję książek. W tle wznoszą się dwa rzędy budynków, ustawionych do siebie równolegle. Po środku widnieje ulica, która pełna jest najróżniejszych przedmiotów. Z okien budowli zwisają sznury suszącej się bielizny, a balkony zdobią kwiaty. Po dłuższej chwili zau-ważyć można niezwy-kły obraz. Wydaje się, jakby największe ksią-żki podpierały ściany budynków. Zanika tak-że linia oddzielająca stół od całej reszty. Teraz można zobaczyć, że wszystko stoi na je-dnym podłożu. Przedmioty, które po-winny być dużo mnie-jsze, górują nad ulicą i sprawiają wrażenie prawdziwych gigantów. „Martwa natura i ulica” naprawdę mnie zau-roczyła. Escher stwo-rzył wyjątkową iluzję, która zachwyca, dopie-ro po dłuższym zasta-nowieniu. Z całego serca podziwiam jego talent i wyobraźnię. Bardzo chętnie obejrzę także inne dzieła tego autora. Michalina Smoleńska, 1e OPIS OBRAZU
„Rozpędzony tabun”
MODA NA POLSKI nr 6/112

Dzieło, które przedsta-wiam to zdjęcie biegną-cych koni pod tytułem „Rozpędzony tabun”. Fotografia została wyko-nana w technice czarno-białej. Na pierwszym planie, w prawym górnym rogu widzimy gałąź. Trochę dalej są konie. Część z nich galopuje, inne figla-rnie dokuczają sobie. Są prawdopodobnie białe. Biegną po trawie. Po jej obu stronach widać płoty. Trudno jest określić, czy za nimi jest pole, gąszcz czy coś innego. Wracając do koni, pod wpływem wiatru ich grzywy się roz-wiewają, co w połączeniu z ładnym krajobrazem wy-gląda niesamowicie. W tle rosną drzewa liściaste. Najpewniej mają ciemno-zielone liście, gdyż kolor ich na zdjęciu jest ciemny. Widać też jasne niebo. Zdjęcie bardzo mi się podoba. Przedstawia piękno koni i przyrody. Możliwe, że gdybym posiadała jego kolorową wersję, zawisłaby u mnie w pokoju. Jagoda Szwalska, 1e Myśliwi na śniegu (opis obrazu)

MODA NA POLSKI nr 6/112

Obraz Pietera Bruegela pod tytułem „Myśliwi na śniegu” znany jest również jako „Powrót z polowania”. Został namalowany przez ar-tystę w 1565 roku. Na pierwszym planie, w lewym dolnym rogu, między drzewami, na których siedzą pta-ki, widać trzech myśli-wych z bronią w ręku. Odziani są w grube cza-pki, wysokie buty oraz płaszcze. Towarzyszy im sfora składająca się z dwunastu psów, które węszą w śniegu z pod-kulonymi ogonami. Tuż za gromadą stoi dom zbudowany z wypalanej cegły. Domownicy krzą-tają się przed budyn-kiem, rozpajając ogień. Jeden z mężczyzn prze-nosi ciemny, drewnia-ny, okrągły stół. Dalej, w głębi doliny, stoi wie-le domów. Ich dachy, tak jak resztę okolicy, pokrywa gruba warstwa białego puchu. Na drugim planie, tuż za jednym z większych domostw, w stronę któ-rego zmierzają myśliwi, wielu mieszkańców wio-ski przebywa z dziećmi na dwóch lodowiskach. Po lewej stronie, nad rzeką, znajduje się wzgórze, które częścio-wo obrastają różne drzewa i wysokie krze-wy. HASŁO - OzD W tle widać kilka malu-tkich miasteczek z widocznymi dachami kościołów. W prawym górnym rogu dostrzec można dwa ośnieżone szczyty częściowo zasłonięte mgłą. Sięgają one aż do ponurego szarawego nieba. Ten obraz podoba mi się. Został namalo-wany bardzo realis-tycznie. Autor zachował wszelkie proporcje i zadbał o szczegóły, przedstawiając pejzaż zimowy. Stonowana kolorystyka podkreśla charakter tego dzieła. Wiktoria Marks, 1b Warszawska Starówka (opis)

MODA NA POLSKI nr 6/112

Chciałabym opisać grafikę pt. „Warszawska Starów-ka”. Przedstawia ona kra-jobraz zgodny z tytułem. Jest wykonana prawdopo-dobnie w ołówku. Nad malowniczymi budyn-kami góruje niebo pokryte licznymi chmurami. Dob-rze widoczna jest kolumna Zygmunta, znajdująca się z lewej strony dzieła. U dołu mieści się jej szer-sza część, która zwęża się ku górze. Wyżej widać ozdobny element, a całą konstrukcję wieńczy pos-tać ludzka. W centrum rysunku zauważyć można elegancką kamieniczkę. Dach położono wysoko. Wydaje się, że jego szczyt nawet dotyka śnieżnobia-łych, puszystych chmur. Po prawej stronie majaczy kolejny budynek. Jest prześlicznie stylizowany i różni się bardzo od dzi-siejszych, nowoczesnych domów. Mimo swej skro-mności z pewnością za-chwyci niejednego prze-chodnia, zaś u jego stóp baczni obserwatorzy dos-trzegą sklep. Za nim roz-ciąga się olbrzymi kościół. Uwagę przyciąga jego spadzisty dach, lecz najbardziej reprezentacyj-na jest wysoka wieżyczka wykończona krzyżem. Przed nim wznosi się bu-dynek mieszkalny. Tym razem nie wyróżnia się wielkością, wręcz przeci-wnie - jest maleńki w po-równaniu z otaczającymi go olbrzymami. Autor ry-sunku delikatnie go „roz-mył”, ale i tak nie stracił on swego uroku. Okna ka-mienicy z prawej strony kontrastują z resztą, dzięki przyciemnieniu ich przez artystę. Całe dzieło zachowuje głębię przez dobranie odpowiedniego odcienia ołówka. Przed domami spacerują ludzie. Są przedstawieni w spo-sób niewyraźny, co służy całej grafice. Pozwala za-chwycać się budynkami, które są w niej najważ-niejsze. Oceniam ten rysunek bar-dzo pozytywnie. Zachwy-cił mnie w chwili, gdy wzięłam go do ręki. Gdy-bym mogła, powiesiłabym go w domu. Żałuję, że nie mam takiego widoku z okna. Maria Piątkowska, 1e Cukierkowy świat
Pewnego pochmurnego dnia Antek siedział sam w salonie i grał na nowym xboxie, pogrążając się w świecie gier. Właściwie nie miał co robić, ale wolał się nudzić niż uczyć do zapowiedzianego sprawdzianu z chemii.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Jednak tego dnia postanowił zwiedzić za-kamarki swojego nowego domu, do które-go wprowadził się właściwie przedwczoraj. Snuł się po domu i oglądał bibeloty zaku-pione przez mamę do nowych pomiesz-czeń. Wreszcie, znudzony przechadzką, usiadł na schodach, oparł głowę na kola-nach i patrzył mętnym wzrokiem przed siebie. Właściwie wszystko było mu obo-jętne aż do chwili, gdy zauważył malutkie drzwiczki, które znajdowały się w pokoju gościnnym. Widać było, że są stare i zni-szczone. Ich biały kolor już poszarzał. Se-rce podeszło mu do gardła. Przypomniał sobie te wszystkie horrory, które godzi-nami czytał i oglądał. Chłopiec nie wiedział co o tym myśleć. Stwierdził, że otworzy drzwi i zobaczy, co jest w środku. Na po-czątku zaczął stukać i badać przejście. Strasznie się bał je otworzyć. Pot spływał mu z czoła, przełknął ślinę i lekko położył drżącą rękę na klamce. Powolnym i nie-zdecydowanym ruchem uchylił drzwi. Nag-le w całym domu rozległa się głośna mu-zyka, jakby po drugiej stronie odbywał się jakiś wesoły festyn albo parada. Bardzo się zdziwił, ponieważ inaczej wyobrażał sobie to miejsce, ale tak naprawdę poczuł ulgę. Było tak, jakby wyciąć scenę z kre-skówki lub gry komputerowej i włożyć w rzeczywistość. - Wow, to jest przepiękne -  powiedział szeptem do siebie. Niespodziewanie mu-zyka, tańce i wesołe krzyki ucichły i wszy-scy spojrzeli ku niemu. Dziwne jednoko-lorowe ludziki wyglądały na bardzo zdzi-wione wizytą gościa. - Ojej, to człowiek. On jest prawdziwy -  wszystkie z zachwytem mówiły do siebie. - Hej, przyjdź do nas, tu jest niesamo-wicie, na pewno ci się tu spodoba - jeden z nich krzyknął do niego. Antek zrobił niepewny krok ku dziwnym, różnokolorowym postaciom. Poczuł, że trawa, na której stoi, jest miękka i de-likatna, jakby głaskał cukrową watę. Ur-wał kawałek i to była właśnie ona! Zo-rientował się, że jest w cukierkowej krai-nie, a kolorowe ludziki to misie żelkowe. Chodniki były zrobione z krakersów, a  drzewa przypominały lody na patyku, zaś miejscowa rzeka płynęła czekoladą. Chło-piec skakał i biegał po cukrowym świecie. Wdrapał się na górę brązowego cukru, który imitował piasek. Spojrzał w prawo, gdzie ujrzał zaśnieżone góry z cukru pud-ru, na których już zjeżdżały żelkowe miś-ki. Przed sobą ujrzał duże miasteczko z domkami zrobionymi z pierników i lukru. Gdy odkręcił głowę w lewo zauważył

MODA NA POLSKI nr 6/112

niesamowite morze z kisielu, nad którym fale z morską pianą w postaci bitej śmie-tany wyrzucały karmelowe bursztyny. Na-stępnie podniósł głowę do góry. Zupełnie nie spodziewał się tam nieba z polewy o smaku gumy balonowej i chmur o róż-nych kolorach, które miały smak jego ulu-bionych smakołyków. Wyciągnął rękę, a po dłoni spłynął mu sok malinowy wy-mieszany z wodą sodową, który wprost uwielbiał. Wyciągnął drugą rękę i poczuł najlepszy smak sernika swojej mamy, któ-ra robiła go co niedzielę w domu. Od pró-bowania tych wszystkich pyszności za-chciało mu się pić. Kisielem z morza lub czekoladą z rzeki raczej nie ugasiłby prag-nienia, lecz na jego szczęście rozpętała się burza z oranżady, coli i innych napojów. Na każdej ulicy miasteczka padało co in-nego. Chodził, jadł i pił, o niczym innym nie myśląc. Zjadał dosłownie wszystko, od cukrowych kwiatków po całe dzielnice z pierniczków. Na początku tego nie zau-ważał, ale dotąd pogodne i miłe mias-teczko z przyjaznymi mieszkańcami sta-wało się coraz bardziej pochmurne. Poczuł się niepewnie, ponieważ muzyka i tańce ucichły i było prawie pusto na ulicach, któ-re dotychczas tętniły życiem, jednak cały czas pochłaniał wszystko z uśmiechem na twarzy. Kolory na żelkowych misiach i na innych rzeczach zaczęły blaknąć. Wszystko zrobiło się ponuroszare. Antek zaczął się bać, ale nie mógł oprzeć się już lekko nieapetycznym, lecz równie smacz-nym jak na początku słodyczom. Podniósł głowę do góry, by spróbować jakiegoś smaku z chmury, ale tęczowych obłoków i błękitnego nieba już nie było. Po tym, co zobaczył, poważnie się zaniepokoił. Chciał zapytać kogoś, o co chodzi, lecz zauważył, że mieszkańcy chodzą skuleni i mają dziwne czerwone oczy. Serce za-częło mu szybciej bić. Chciał już iść do domu. Niestety, nie mógł znaleźć ma-gicznych drzwi. Zaczął biegać i chować się przed szkaradami, przy okazji zabierał wszystkie pyszności. Wypychał sobie nimi kieszenie i kaptur. Żelkowe miśki zaczęły wrogo patrzeć na niego. Chłopiec zdał so-bie sprawę, że to on może być przyczyną ich złości. Antek wpadł w panikę i zaczął szukać wejścia do rzeczywistości. Biegał po wąskich uliczkach strasznego miaste-czka. Obejrzał się za siebie, zobaczył pę-dzący tłum czarnych misiów żelkowych. Nie wiedział, co zrobić, myślał, że już po nim. Nagle ujrzał lekką łunę światła i rozświetlony kawałek pokoju. Już wie-dział, że to drzwi do pokoju gościnnego. Szybko wbiegł do pomieszczenia. Zamknął drzwi za sobą i usiadł na podłodze. Odpoczywał, łapiąc łapczywie powietrze. Nagle usłyszał głośne łomotanie. Drzwi nie wytrzymywały nacisku. Antek w mgnieniu oka znalazł się na schodach. Czuł odde-chy i pomruki żelkowych misiów, czuł że już go mają i nagle... ocknął się na zi-mnej podłodze przy pierwszym schodku. - Antoś, co ty wyprawiasz? Tyle razy prosiłam, żebyś nie chodził po schodach bez kapci. Znów nabiłeś sobie guza - ciep-łym cukierkowym głosem powiedziała ma-ma ubrana w sweter malinowego koloru. Pochyliła się nad chłopcem i przyłożyła mu do głowy zimny kompres. Wtedy Antek zrozumiał, że to był sen. Smaczne, kolorowe żelki były nadal miły-mi misiami, a świat wokół wcale nie był cukierkowy. Sprawdzian z chemii to na pewno nie jest bułka z masłem i czekola-dą. (Ola Drabarek, 1d) Działo się! WOŚP 2015 - reportaż
Jest niedziela, jedenasty stycznia. Niska temperatura, zimny wiatr. Większość ludzi chciałaby usiąść w fotelu przy kominku i nie ruszać się stamtąd do wieczora.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Tymczasem siedemdziesięciu mińskich wolontariuszy stoi na ulicach miasta, zbierając pieniądze – dla podtrzymania standardów leczenia na oddziałach pedia-trycznych i onkologicznych oraz godnej opieki medycznej seniorów. Początek finału W komendzie straży pożarnej zjawiamy się już po siódmej rano. Wraz z przyjaciół-ką obserwujemy pojawiających się człon-ków drużyny młodzieżowej, którzy będą nam towarzyszyć w zbiórce. Snujemy pla-ny dotyczące 23. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Mamy nadzieję na pomyślny dzień zbierania. Przed ósmą zostajemy przydzieleni do miejsc kwestowania – nasza pięciooso-bowa grupa ma stać przed Kościołem NNMP. Cieszę się, bo wiem, że w niedzielę jest tam duży ruch. Nieprzyjazna pogoda, przyjaźni dawcy Swoje miejsca zajmujemy pomimo trud-nych warunków. Zimny wiatr nie przestaje wiać, a my momentami z trudem utrzy-mujemy się na nogach. Mijający nas lu-dzie mówią, że w taką pogodę nie mamy łatwego zadania i życzą nam powodzenia, wrzucając pieniądze do puszek. Mamy szansę na powodzenie. Każda msza oznacza tłum ludzi, którzy najpierw wchodzą do kościoła, a później z niego wychodzą. Oprócz tego dostajemy datki od przypadkowych przechodniów. Chwila-mi nie nadążam z wydawaniem serduszek za pomoc, ale to tylko sprawia, że cieszę się jeszcze bardziej. Każde serduszko, to kolejne pieniądze dla potrzebujących. Radość – źródło zaufania? Kiedy zaczyna się msza i ruch odrobinę się zmniejsza, zaczynamy wraz z przyjaciółką śpiewać kolędy, które dobiegają z wnętrza kościoła. Odrobina działania, związanego ze śpiewem i bujaniem się w rytm muzyki, rozgrzewa nas i sprawia radość. Nawet na chwilę nie przestajemy się uśmiechać. Nie wiem, czy w ten sposób wzbudzamy większe zaufanie u ludzi, ale podchodzą do naszej pary często i również się uś-miechają, kiedy wrzucają pieniądze do pu-szek. Dostrzegam drugi cel Wielkiej Orkiestry. Nie chodzi tylko o zebranie pieniędzy dla potrzebujących. Radośnie kwestując, po-kazujemy ludziom, że pomaganie innym jest miłe i przyjemne, że każdy z nas mo-że podarować innym coś od serca. My przekazujemy swój czas, dawcy – pieniądze. Każdy z tych darów jest tak samo ważny. I na pewno na twarzach

MODA NA POLSKI nr 6/112

osób, do których trafi pomoc, również zagości uśmiech, który swoje źródła ma w każdym z wolontariuszy. Szczera pomoc od szczerych ludzi Największe szczęście pojawia się we mnie, kiedy pienią-dze chcą oddawać małe dzieci. Nie zdają sobie sprawy z wartości pieniądza i w większości zapewne nie wiedzą, kim jesteśmy i na co zbieramy. W ich małych sercach rodzi się potrzeba pomagania. Kiedy dostrzegam, że ktoś podarowuje wszystko, co mo-że, moje serce rośnie. Podobnie, kiedy ktoś oznajmia, że zapomniał, że dziś jest ten wielki dzień, a w naszych puszkach i tak ląduje od niego duża suma. Wówczas wiem, że ludzie nie traktują dania złotówki jak przykrego obowiązku, który trzeba zaplanować. Każda suma od ta-kiej osoby to szczera pomoc. Na szczęście niewielu jest ludzi, którzy darczyńcami zostają z przymusu, żeby móc tylko pokazać serduszko na kurtce i powiedzieć: „Ja już dałem”. Ale czy inni dawcy są źli? Nie, nikt nie jest „złym dawcą”. Każdy pieniądz, od każdej osoby, to szczęście wielu osób. Mój i innych wolontariuszy powód do radości i dumy. Chwila przerwy Kiedy już nie możemy wytrzymać z zimna, chowamy się w strażackim busie. Mamy tam ciepłą herbatę, ogrzewa-nie i przede wszystkim osłonę przed wiatrem. Rozgrzewa-jąc się, uważnie słuchamy mszy i obserwujemy pojawia-jących się przy kościele ludzi. Fakt, że zaczynają wycho-dzić ze świątyni oznacza, że my musimy pojawić się przed bramą. Kiedy stajemy na chodniku, nasze ciała protes-tują, chcą wrócić do ciepłego samochodu. Naszym ogrze-waniem stają się ciepłe serca darczyńców. Koniec kwestowania Wraz z moją przyjaciółką i bratem zaczynamy naprawdę przemarzać. Udajemy się do sztabu, aby przeliczyć za-wartość puszek i zakończyć nasz udział w finale. Dużo nas ominie – koncerty, „światełko do nieba”. Z żalem rozsta-jemy się z Orkiestrą. W sumie mińscy wolontariusze zebrali ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych. To znacznie więcej niż w poprzednich latach. Mamy nadzieję na pobi-cie tego rekordu w przyszłości! Kinga Wojciechowska, 3f Lepiej obejrzeć film niż męczyć się nad lekturą

MODA NA POLSKI nr 6/112

Nie zgadzam się z tezą, że lepiej jest obejrzeć a-daptację filmową książki, niż przeczytać dzieło lite-rackie. Argumentów na ten fakt można przyto-czyć naprawdę wiele, ale podstawowy skupia się na tym, iż film jest tylko autorskim przedstawie-niem dzieła widzianym przez reżysera. Wizja reżyserska dzieła literackiego jest formą na-rzuconą, z którą możemy, ale nie musimy się zga-dzać. Film z racji swych ograniczeń, przede wszys-tkim czasowych, mocno zubaża utwór. Przykładem takiej wizji mogą być „Po-top” czy „ Ogniem i mie-czem” w reżyserii Jerzego Hoffmana. Pomimo wspa-niałości ekranizacji, nie przedstawiają one wielu wątków i postaci, które występują w powieści H. Sienkiewicza. Sam reżyser zresztą podkreślał ten fakt wielokrotnie. Podobną sytuację mamy w przypadku ekranizacji „Zemsty” A. Fredry. Tu swą własną wizję dzieła przedstawił jeden z naj-większych naszych reży-serów, a mianowicie An-drzej Wajda. Gwiazdorska obsada, z takimi znakomi-tościami kina jak Janusz Gajos czy Roman Polański, na pewno dają dobrą lub nawet bardzo dobrą oglą-dalność i podnoszą prestiż ekranizacji, ale nadal jest to tylko wizja reżysera, dopracowana wraz ze scenarzystą. Być może Cześnik, Rejent, Papkin w wyobraźni czytelnika wyglądali i zachowywali się zupełnie inaczej niż wi-dział i pokazał to Wajda. Obejrzenie ekranizacji ut-woru literackiego jest łat-wym sposobem na zapoz-nanie się z lekturą, ale - moim zdaniem - takie zdobywanie wiedzy o tre-ści utworu mocno nas zu-baża. Nie pozwala rozwi-jać wyobraźni i zasobu słownictwa. Kolejność zapoznawania się z treścią tekstu literackiego powinna być następująca: najpierw książka, potem ekrani-zacja. Wtedy będziemy w stanie porównać wizję utworu, która powstanie w nas po przeczytaniu książki, z wizją reżysera. Łukasz Sitkowski, 3f MŁODZI WIERSZE PISZĄ...
Autorką poniższych wierszy jest Maja Milewska z 1g.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Nieśmiertelna Zemsta Śmiertelnych I ja spocznę przysypana mogiłą I Ty spoczniesz obok mnie. Zasilimy szeregi Umarłych, Staniemy po tej stronie, z której nie dane Nam będzie wracać. Nasze śmiertelne ciała Ciała Ludzi, Istot godnych, majestatycznych, Najdoskonalszych Staną się zwykłym pożywieniem Dla organizmów tak przecież prostych. My - Wybitni Ludzie, Skonamy. Na świat, który tworzymy Nigdy już nie wrócimy. Ale dusza zawsze będzie nieśmiertelna. Nie przysypie jej żaden kurhan. Ona jest Naszą Ludzką Zemstą. Nieśmiertelną Zemstą Śmiertelnych. ŚWIATŁO I MROK Mrok osłania mnie od stóp do głów Cień pożera mój jasny za dnia umysł I oddaje braciom – Lękowi i Strachowi Ciemność wdziera się Do mojego serca i mojej duszy Pojawiają się moi starzy przyjaciele Otwierają swe paszcze po moją głowę I gdy myślę, że to koniec Nadchodzi wraz ze światłem, Ona – Moja Orędowniczka – Nadzieja. ŻYCIE Tak wiele: Trudów, Męk, Cierpień, Śmierci. Tak wiele: Ciepła, Dobroci, Miłości, Serdeczności. Na początku Naszej Drogi Zadajemy sobie pytanie: Co jest ważniejsze? Na świecie jest pełno szczęścia i bólu Do nas należy wybór Co staje się naszym przyjacielem, a co wrogiem Co podąża z nami przez Życie I za co chcemy walczyć I umrzeć. Żyć a istnieć Jak zjawa, pojawiam się i znikam Widzisz mnie, lecz ja nie widzę siebie Umieram w otoczeniu myśli Istnieje, ale nie żyję Czasami budzi się nadzieja Wtedy próbuję podnieść, Próbuję żyć, ale ja nie żyję, Ja tylko istnieję. Moje ciało jest zdrowe, Lecz dusza umiera z każdym słowem. Ciało trzyma duszę, A dusza nie chce. Dusza chce odejść.

MODA NA POLSKI nr 6/112

WIERSZE MAGDALENY TRZASKI Z 2F *** Ludzie, istoty zabawne. Przybierają różne twarze niczym zmiennokształtne. Chociaż przybrałam powłokę jednego z nich, nie chcę grać w ich niezrozumiałe dla mnie gry. Patrzę na nich z daleka, a moje życie przez palce szybko ucieka. *** Kochają i nienawidzą. Wiele grzechów przez to na ich konto idzie. Ranią i rany leczą. Kłamią i kłamstwami się brzydzą, nic złego w tym nie widzą. Czy to normalne na tym świecie? Ja tego nie wiem i się tego wstydzę. *** Co dzień muszę patrzeć na nowy ludzki dramat, jakby Bóg nie mógł ślepotą mnie pokarać. Często też upadam mimo usilnych starań, ale nigdy nie zmienię tego świata. Może niech lepiej wszystkie zgasną światła, bo nie ma ratunku dla ludzkiego gatunku. *** Upadły aniele, dlaczego nie chcieli cię w niebie? Przecież Twe serce i dusza nieskalana grzechem. Blizny jedynym Twym odzieniem, bo białe szaty Ci zabrano i grzesznikowi oddano. Skrzydła Ci odebrali, lecz nadal możesz lecieć na resztkach swej wiary, bo tylko to ci zostało z dawnej chwały.

MODA NA POLSKI nr 6/112

WIERSZE NATALII WYSOCKIEJ Z 3G Motyl Puchowym taktem wygrywa serenady Barwne skrzydła w słońcu lśnią I bez smutków, kłamstw czy zdrady W rytm trzepocząc, wieści ślą: Kto serce oddaje, kto kocha, kto dba, W czyim świecie warto gościć, Kto w swej duszy nosi lwa, Komu lęk przepełnia kości. Frunie przez łąki nadziei, Rozpyla nektar uczucia kwiatu W szarych lasach, starej kniei Niesie dobre wieści światu. Zamknij oczy, otwórz serce On marzenia niesie Ci. Nie upadniesz na dno więcej, Poczuj smak tych pięknych chwil. A jeśli do głowy Ci wpadnie, Żeby go pozbawić skrzydeł Wtedy spadnie szybko, marnie Zginie w srebrze mgielnych wideł/ Ufaj mu, ufaj jak nikomu On jest nadzieją nowego dnia Niesie poczucie wiecznego domu Uczy jak kochać uczy jak dbać *** Szara grzywa, ogon biały Podkowy jak gwiazdy srebrzyste Galopuje w ogniu chwały Prycha z nozdrzy cichym świstem Wznieca wichry dzikim kłusem Prężąc płuca, wzdyma chrapy Nikt nie oprze się pokusie Podziwiania starej szkapy Srebrzysta sierść na potężnym łbie I tętent kopyt jak setek stad Mienią się oczy czyste jak śnieg Parskając pyta ileś jest wart Całe życie trwa w tym pędzie Cechuje ją siła, wolność i męstwo Nie zastanawia się nad tym co będzie I w tym jest sęk, w tym jej zwycięstwo. *** Po co pisać o radości? Kłamstwem uszczęśliwiać innych? Nie ma słońca, ni miłości A przez kogo? Każdy winny! Możesz mówić dziś co zechcesz Cicha pustka w tysiącu słów Przecież ciągle patrzysz wstecz, Chcesz te chwile przeżyć znów. A przed Tobą? Wilczy świat. Każdy Ciebie nienawidzi. Nędza z trwogą za pan brat Kiedy szczery uśmiech widzi. Pokaż tylko czego pragniesz, Pokaż co w Twym sercu tkwi. Zaraz sprawią, że upadniesz I policzą Twoje dni. Płoną dusze żywym ogniem Tną je iskry z cichym sykiem. Twarze jasne jak pochodnie Rozgłaszają piekło krzykiem. Ale to oni... a My to My Razem wszystko osiągniemy My możemy spełniać sny Diabłu w oczy naplujemy. Odbierzemy to, co nasze Nasze, moje, Twoje, Wasze... ***ŚMIECHOWO***
Pani w szkole pyta Jasia: - Jasiu, masz zadanie domowe? - Tak, mam. - To pokaż mi je. - Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli.
MODA NA POLSKI nr 6/112

Pani od polskiego wy-wołuje Jasia do odpo-wiedzi: - Jasiu, podaj, proszę dwa zaimki. - Kto? Ja?! - Brawo Jasiu, piątka! Lekcja polskiego. Pani pyta: - Kaziu, kiedy używamy dużych liter? - Wtedy, kiedy mamy słaby wzrok. - Przeczytałeś "Trylo-gię" Sienkiewicza? - To trza było przeczy-tać? - Tak, na dzisiaj. - Kurna, a ja przepi-sałem... Nauczyciel języka pol-skiego pyta uczniów: - Jak brzmi liczba mno-ga do rzeczownika "niedziela"? - Wakacje, proszę pana! Pani na lekcji jęz. polskie-go prosi o podanie cech charakteru Maćka z Bogdańca. - Honor - mówi Jasio. - Ależ Jasiu - dziwi się Pa-ni - czy "honor" to cecha? - Nie, samo "h". Trwa klasówka z pol-skiego. Nauczycielka mówi: - Mam nadzieję, że nikogo nie przyłapię na ściąganiu. - My też, proszę pani. Siedzą dwaj uczniowie: - Wiesz, czasem ogar-nia mnie wielka ochota, żeby się pouczyć. - I co wtedy robisz? - Czekam, aż mi przejdzie. Do szkoły wpada spóźniony Jaś. Na jego widok dyrektor woła: - Dziesięć minut spóź-nienia! Jaś: - Nie może być! Ja też!