Тэставае паведамленьне - трэба паставіць flash player
październik 2010
Do tego, żeby uprawiać dziennikarstwo, przede wszystkim trzeba być dobrym człowiekiem. Źli ludzie nie mogą być dobrymi dziennikarzami. Jedynie dobry usiłuje zrozumieć innych, ich intencje, ich wiarę, ich zainteresowania, ich trudności, ich tragedie.
Ryszard Kapuściński
Jak podaje PAP wystawę poświęconą twórczości Ryszarda Kapuścińskiego otwarto w Muzeum Historii Literatury w Tbilisi. W stolicy Gruzji ekspozycja, zawierająca plansze z cytatami z książek Kapuścińskiego oraz jego zdjęciami robionymi podczas licznych podróży, będzie otwarta do 28 października.
Później wystawa będzie pokazywana na gruzińskich uniwersytetach, m.in. w Gori i Kutaisi. Uroczyste otwarcie wystawy w Tbilisi połączono z promocją gruzińskiego tłumaczenia dwóch książek Kapuścińskiego - "Imperium" i "Szachinszach".
Tłumacz książek Kapuścińskiego na język gruziński Ambrosi Griszikaszwili podkreślił w rozmowie z PAP, że "Imperium" zostało wybrane jako pierwsze do przekładu, ponieważ w części dotyczy Gruzji.
Profesor Maria Filina, gruzińska filolog z Uniwersytetu Tbiliskiego i przewodnicząca Związku KulturalnoOświatowego Polaków w Gruzji "Polonia", ubolewała, że tak mało dzieł Kapuścińskiego przetłumaczono na język gruziński. W trakcie wystąpienia zacytowała m.in. fragmenty "Kirgiz schodzi z konia", w którym Kapuściński pisze też o Gruzji. To kolejna jego książka, która ma zostać przełożona na język gruziński.
Anna MikołajczykKłębek (PAP) Książka Marka Millera Europa według Auschwitz. Litzmannstadt Ghetto wydana przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau zdobyła nagrodę Złoty Ekslibris Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w kategorii Najlepsza Książka o Łodzi.
500-stronicowa kronika łódzkiego getta oparta jest wyłącznie na tekstach źródłowych: relacjach, pamiętnikach i wspomnieniach osób, które ocalały. Chris Niedenthal napisał w internetowym „Dwutygodniku” (nr 34):
Obejrzałem warszawską premierę krótkiego dokumentu „Likwidacja 08.1944” na temat łódzkiego getta Litzmannstadt, nakręconego w 3D przez Michała Bukojemskiego, który zawsze jest na bieżąco z przełomowymi technologiami. Razem z dziennikarzem Markiem Millerem stworzyli w zasadzie pierwszy film dokumentalny nagrany w 3D. Bukojemski zarejestrował współczesne sceny oraz kadry z czasów wojny przy użyciu stosunkowo prostych, obecnie dostępnych metod. Oryginalne, „ "Imperium" zostało wybrane jako pierwsze do przekładu, ponieważ w części dotyczy Gruzji.
Profesor Maria Filina, gruzińska filolog z Uniwersytetu Tbiliskiego i przewodnicząca Związku KulturalnoOświatowego Polaków w Gruzji "Polonia", ubolewała, że tak mało dzieł Kapuścińskiego przetłumaczono na język gruziński. W trakcie wystąpienia zacytowała m.in. fragmenty "Kirgiz schodzi z konia", w którym Kapuściński pisze też o Gruzji. To kolejna jego książka, która ma zostać przełożona na język gruziński.
Anna Mikołajczyk (PAP)
(Red.)
„płaskie” zdjęcia łódzkiego getta z lat 40., komputerowo przekonwertowane tak, by tworzyły wrażenie trójwymiarowości, robią niezwykłe wrażenie. Dla mnie były chyba lepsze niż obrazy, które Bukojemski zarejestrował współcześnie. A w zasadzie. One b y ł y lepsze. Dla oka, przyzwyczajonego do współczesnych obrazów w 3D, oglądanie horroru wojennego getta w 3D, które miało miejsce przeszło sześćdziesiąt sześć lat temu, robi niewyobrażalne, wprost niewiarygodne wrażenie. Obrazy są wymowne, a iluzja, proszę mi wierzyć, działa.
Drzewo Kapuścińskich
Podczas inauguracji 8. edycji Święta Drzewa, 8 października, na Polu Mokotowskim, obok ścieżki Ryszarda Kapuścińskiego, żona i córka pisarza posadziły klon, który od razu został nazwany Drzewem Kapuścińskich.
Alicja Kapuścińska dziękowała władzom dzielnicy Ochota za utworzenie ścieżki (czerwiec 2010 r.), którą nazwała „pomnikiem na cześć jej męża”. Powiedziała, że szczególnie cieszy ją to, że zostały zachowane dawne nazwy ulic na jej trasie. Zapowiedziała też, że będzie się starała, by wzdłuż niej były sadzone kolejne drzewa.
Wdowa wspominała jak Ryszard Kapuściński sadził drzewa koło domu. „Brzozę i tulipanowiec to on posadził – powiedziała. - I ta brzoza szczególnie się rozrosła, aż nie chce się wierzyć, że ona ma dopiero 10 czy 12 lat”. Pisała o niej we wstępie do książki Jarosława Mikołajewskiego Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego: „Siedzę na balkonie, gdzie w ciągu ostatnich kilkunastu lat spędzał wiele godzin pogrążony w lekturze. Patrzę na brzozę, którą posadził w ogródku – urosła już do wysokości drugiego piętra i zagląda w okna jego pracowni”.
Święto Drzewa jest organizowane przez Klub Gaja od roku 2003 pod hasłem: „Zasadźmy drzewo dla pokoju”. Co roku 10 października odbywa się międzynarodowe sadzenie drzew. Tym razem oprócz Drzewa Kapuścińskich na Polu Mokotowskim posadzono dwa inne – jedno przy udziale władz dzielnicy, drugie przy udziale laureatów nagród „Czarodziejskiego Drzewa” i „Pegaza”, wyróżnień „PRO BONO dla Ziemi” i Partnerów programu „Święto Drzewa”. Przesłanie Klubu Gaja dotarło już do 35 krajów.
tekst i zdjęcie:
Anna Jakubas Redaktor Naczelny:
Marek Miller
Sekretarz redakcji:
Krzysztof Sielicki
Współpraca:
Anna Jakubas
oraz
studenci i sympatycy Laboratorium Reportażu
Zdjęcia:
A.Jakubas, A.Korcz, J.Bodzak, K.Sielicki, A.Wolf, arch.R.Kapuścińskiego
Wydawca:
Laboratorium Reportażu Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Adres:
Nowy Świat 69
pok.39, IV piętro
00-046 Warszawa
tel./fax +22 55 22 904
Siła dokumentu
Siła dokumentu
Workshop
Trochę już z dystansem, ale nadal pod wielkim wrażeniem filmów z Planete Doc Review. Dokumentaliści stawiają przed widzami wyzwania, zarówno emocjonalne, jak i intelektualne. Siłą historii prawdziwych są pytania, które nam zadają.
My tylko szukamy historii
Simon Chambers – reżyser „Kowbojów z Indii” – został wywołany do odpowiedzi na postawione pytanie. Trwała debata o odpowiedzialności korporacji za łamanie praw człowieka tuż po filmie „Banany!” Frederika Gerttena, a pytanie dotyczyło roli i wpływu dokumentalistów na zmianę, poprawę przestrzegania prawa, świadomość konsumentów i obywateli.
– Jesteśmy przede wszystkim reżyserami, poszukujemy historii, które można opowiedzieć – zaczął, wskazując również na siedzących obok Tona van Zantvoorta – reżysera filmu „Biznes kwitnie” – i Frederika Gerttena.
– Czy nasze historie mają wpływ? Na pewno mają, choć jest on poza naszą kontrolą.
Czy dokumentaliści mają wpływ na to, co stanie się z bohaterami pokazanymi w ich filmach? W filmie Chambersa widz nagle z mieszanymi uczuciami odkrywa, że bohaterowie zostali przez reżysera wykorzystani. Cel dziennikarza: opisanie tematu łamania prawa przez brytyjski koncern w stanie Orisa, w Indiach, zostaje osiągnięty kosztem dwóch niefrasobliwych przewodników, którzy mają pomóc autorowi filmu dotrzeć do prawdy. Dziennikarz wyznacza im płacę (300 funtów dziennie plus posiłek) i tworzy z nich lokalnych bohaterów, tytułowych kowboi, którzy przeciwstawiają się kryminalnej działalności korporacji. Pytanie o ich dalsze losy samo ciśnie się na usta. Czy dokumentalista nie nadużył zaufania swoich bohaterów? Choć z drugiej strony obecność kamery w tej historii staje się środkiem do wyrażenia skargi przez społeczność cierpiącą niesprawiedliwość, a nawet staje się pretekstem by rzeczywiście dokonać czynów bohaterskich.
Zadziwiającą rzeczą może być obserwowanie, jak kamera skłania do wyznań, choć wydawałoby się, że jest przecież tylko bezdusznym urządzeniem. Tymczasem dla bohaterów „Pary do życia”, Mika Hotakainena i Joonasa Berghalla, a także „Gwałtu na wojnie” Ilse i Femke van Velzen, jest ważnym elementem terapii, procesu pogodzenia się z własnym życiem, uporania się z emocjami. Dokumentaliści portretują fińską saunę jako miejsce szczególne – oczyszczające nie tylko dla ciała, ale również dla duszy. Nie ma takiego tematu tabu, ani takiej rzeczy intymnej, o której nie można by było porozmawiać w sposób subtelny i wrażliwy. Istnieje porozumienie między bohaterami filmu – fińskimi mężczyznami – a reżyserami, dotyczące miejsca. Właśnie w saunie wyznania bohaterów mają dla nich największe znaczenie. „Para do życia” zdobyła w tym roku główną nagrodę festiwalu – Milennium Award – a jak napisane zostało w uzasadnieniu „głębokie emocje” były głównym walorem filmu.
Być może trudniejszego zadania podjęły się reżyserki filmu o zbrodniach w Kongu. Młoda dziewczyna nie chce mówić do kamery o tym, jak w brutalny sposób została zgwałcona przez żołnierzy. Zatem, dokumentalistki idą do katów. Trudne, pierwsze słowa prowadzą do następnych, przełamując to, co wydawało się nie do przełamania – wstrząsającą, okrutną przeszłość. Dzięki kamerze widzimy jak bohaterowie dowiadują się, że prawda ma moc wyzwalającą, a dalsze życie po tragedii jest możliwe.
Dokumentaliści ingerują w życie swoich bohaterów. Ale również bohaterowie zdają sobie sprawę z możliwości, jaką może im dać film. Sebastian Marroquin – syn Pablo Escobara, kolumbijskiego szefa kartelu narkotykowego – podróżuje po świecie z filmem „Grzechy mojego ojca”. W końcu kino ma podobno ogromną moc. Może w ten sposób możliwe jest nawet zakończenie spirali zła?
Nauczyć się czegoś o naturze dobra i zła
Czy dokumentaliści wpływają na widzów, na ich wrażliwość i wiedzę o świecie? Mads Brügger stworzył wielki film o tym jak poczucie humoru może stać na straży ludzkiej godności, przeciwstawiając się logice zła, systemowi totalitarnego państwa. Po zobaczeniu „Idiotów w Korei”, choć wciąż z uśmiechem na twarzy, ma się również wrażenie, że to właśnie dzięki temu rozbawieniu przekazana nam została wiedza i świadomość o dobru i złu.
Szalonym pomysłem wydaje się plan Madsa Brüggera, aby wziąć ze sobą w podróż do Korei Płn. dwóch młodych duńskich komików – Simona Jula i Jacoba Nossella – którzy są pochodzenia Koreańskiego, a w dodatku są osobami niepełnosprawnymi. Niemal każda scena z ich pobytu w państwie totalitarnym wywołuje śmiech, choć z drugiej strony równocześnie obnaża przerażającą rzeczywistość. Przejmujące są słowa, które pod koniec filmu, wypowiada do Madsa Jacob – dziewiętnastoletni komik, cierpiący na porażenie spastyczne i ledwo poruszający się o własnych siłach.
– Nauczyłem się wiele o naturze zła w ciągu tych dwóch tygodni. Dowiedziałem się, co to znaczy naprawdę zacząć się bać, kiedy wszystkie wartości, na których do tej pory opierałeś swoje człowieczeństwo zostają ci odebrane.
Dokumenty skłaniają do refleksji, a ich reżyserzy z premedytacją chcą poruszyć widzów. Aby widzowie w podobnym stopniu jak twórcy i bohaterowie poczuli się zaangażowani w opowiadaną historię. „Zatoka delfinów” Louie Psihoyosa – film nagrodzony Oscarem – przekonuje bardzo stanowczo i nie pozostawia wątpliwości co do potrzeby ratowania życia delfinów. Twórcy filmu przez cały czas mają świadomość absurdalności całej sytuacji. Pomimo groteski, prawda na końcu okazuje się makabryczna. Nurtującym jest pytanie po prostu o to, dlaczego Japończycy zabijają delfiny? Co może nam to powiedzieć o ludzkiej naturze?
Z wieloma pytaniami pozostawiają nas dokumenty. Wielu pytań dostarczają nam prawdziwe historie. Jeśli jednak na tym między innymi ma polegać rola i wpływ dokumentalistów na rzeczywistość - to niech tych pytań pozostaje jak najwięcej.
Grzegorz Żukowski
Lista nagród tegorocznego festiwalu Planete Doc Review na stronie:
http://www.docreview.pl/2010/
nagrodę festiwalu – Milennium Award – a jak napisane zostało w uzasadnieniu „głębokie emocje” były głównym walorem filmu.
Być może trudniejszego zadania podjęły się reżyserki filmu o zbrodniach w Kongu. Młoda dziewczyna nie chce mówić do kamery o tym, jak w brutalny sposób została zgwałcona przez żołnierzy. Zatem, dokumentalistki idą do katów. Trudne, pierwsze słowa prowadzą do następnych, przełamując to, co wydawało się nie do przełamania – wstrząsającą, okrutną przeszłość. Dzięki kamerze widzimy jak bohaterowie dowiadują się, że prawda ma moc wyzwalającą, a dalsze życie po tragedii jest możliwe.
Dokumentaliści ingerują w życie swoich bohaterów. Ale również bohaterowie zdają sobie sprawę z możliwości, jaką może im dać film. Sebastian Marroquin – syn Pablo Escobara, kolumbijskiego szefa kartelu narkotykowego – podróżuje po świecie z filmem „Grzechy mojego ojca”. W końcu kino ma podobno ogromną moc. Może w ten sposób możliwe jest nawet zakończenie spirali zła?
Nauczyć się czegoś o naturze dobra i zła
Czy dokumentaliści wpływają na widzów, na ich wrażliwość i wiedzę o świecie? Mads Brügger stworzył wielki film o tym jak poczucie humoru może stać na straży ludzkiej godności, przeciwstawiając się logice zła, systemowi totalitarnego państwa. Po zobaczeniu „Idiotów w Korei”, choć wciąż z uśmiechem na twarzy, ma się również wrażenie, że to właśnie dzięki temu rozbawieniu przekazana nam została wiedza i świadomość o dobru i złu.
Szalonym pomysłem wydaje się plan Madsa Brüggera, aby wziąć ze sobą w podróż do Korei Płn. dwóch młodych duńskich komików – Simona Jula i Jacoba Nossella – którzy są pochodzenia Koreańskiego, a w dodatku są osobami niepełnosprawnymi. Niemal każda scena z ich pobytu w państwie totalitarnym wywołuje śmiech, choć z drugiej strony równocześnie obnaża przerażającą rzeczywistość. Przejmujące są słowa, które pod koniec filmu, wypowiada do Madsa Jacob – dziewiętnastoletni komik, cierpiący na porażenie spastyczne i ledwo poruszający się o własnych siłach.
– Nauczyłem się wiele o naturze zła w ciągu tych dwóch tygodni. Dowiedziałem się, co to znaczy naprawdę zacząć się bać, kiedy wszystkie wartości, na których do tej pory opierałeś swoje człowieczeństwo zostają ci odebrane.
Dokumenty skłaniają do refleksji, a ich reżyserzy z premedytacją chcą poruszyć widzów. Aby widzowie w podobnym stopniu jak twórcy i bohaterowie poczuli się zaangażowani w opowiadaną historię. „Zatoka delfinów” Louie Psihoyosa – film nagrodzony Oscarem – przekonuje bardzo stanowczo i nie pozostawia wątpliwości co do potrzeby ratowania życia delfinów. Twórcy filmu przez cały czas mają świadomość absurdalności całej sytuacji. Pomimo groteski, prawda na końcu okazuje się makabryczna. Nurtującym jest pytanie po prostu o to, dlaczego Japończycy zabijają delfiny? Co może nam to powiedzieć o ludzkiej naturze?
Z wieloma pytaniami pozostawiają nas dokumenty. Wielu pytań dostarczają nam prawdziwe historie. Jeśli jednak na tym między innymi ma polegać rola i wpływ dokumentalistów na rzeczywistość - to niech tych pytań pozostaje jak najwięcej.
Grzegorz Żukowski
Lista nagród tegorocznego festiwalu Planete Doc Review na stronie:
http://www.docreview.pl/2010/
nagrodę festiwalu – Milennium Award – a jak napisane zostało w uzasadnieniu „głębokie emocje” były głównym walorem filmu.
Być może trudniejszego zadania podjęły się reżyserki filmu o zbrodniach w Kongu. Młoda dziewczyna nie chce mówić do kamery o tym, jak w brutalny sposób została zgwałcona przez żołnierzy. Zatem, dokumentalistki idą do katów. Trudne, pierwsze słowa prowadzą do następnych, przełamując to, co wydawało się nie do przełamania – wstrząsającą, okrutną przeszłość. Dzięki kamerze widzimy jak bohaterowie dowiadują się, że prawda ma moc wyzwalającą, a dalsze życie po tragedii jest możliwe.
Dokumentaliści ingerują w życie swoich bohaterów. Ale również bohaterowie zdają sobie sprawę z możliwości, jaką może im dać film. Sebastian Marroquin – syn Pablo Escobara, kolumbijskiego szefa kartelu narkotykowego – podróżuje po świecie z filmem „Grzechy mojego ojca”. W końcu kino ma podobno ogromną moc. Może w ten sposób możliwe jest nawet zakończenie spirali zła?
Nauczyć się czegoś o naturze dobra i zła
Czy dokumentaliści wpływają na widzów, na ich wrażliwość i wiedzę o świecie? Mads Brügger stworzył wielki film o tym jak poczucie humoru może stać na straży ludzkiej godności, przeciwstawiając się logice zła, systemowi totalitarnego państwa. Po zobaczeniu „Idiotów w Korei”, choć wciąż z uśmiechem na twarzy, ma się również wrażenie, że to właśnie dzięki temu rozbawieniu przekazana nam została wiedza i świadomość o dobru i złu.
Szalonym pomysłem wydaje się plan Madsa Brüggera, aby Lista nagród tegorocznego festiwalu Planete Doc Review na stronie:
http://www.docreview.pl/2010
Pierwszy wyjazd Ryszarda Kapuścińskiego – to były Indie. Nie znał języka, w podróż wziął „Komu bije dzwon” Hemingwaya oraz słownik angielsko – polski. Gdy wrócił po kilku miesiącach, mówił po angielsku.
Pełna improwizacja
wziąć ze sobą w podróż do Korei Płn. dwóch młodych duńskich komików – Simona Jula i Jacoba Nossella – którzy są pochodzenia Koreańskiego, a w dodatku są osobami niepełnosprawnymi. Niemal każda scena z ich pobytu w państwie totalitarnym wywołuje śmiech, choć z drugiej strony równocześnie obnaża przerażającą rzeczywistość. Przejmujące są słowa, które pod koniec filmu, wypowiada do Madsa Jacob – dziewiętnastoletni komik, cierpiący na porażenie spastyczne i ledwo poruszający się o własnych siłach.
– Nauczyłem się wiele o naturze zła w ciągu tych dwóch tygodni. Dowiedziałem się, co to znaczy naprawdę zacząć się bać, kiedy wszystkie wartości, na których do tej pory opierałeś swoje człowieczeństwo zostają ci odebrane.
Dokumenty skłaniają do refleksji, a ich reżyserzy z premedytacją chcą poruszyć widzów. Aby widzowie w podobnym stopniu jak twórcy i bohaterowie poczuli się zaangażowani w opowiadaną historię. „Zatoka delfinów” Louie Psihoyosa – film nagrodzony Oscarem – przekonuje bardzo stanowczo i nie pozostawia wątpliwości co do potrzeby ratowania życia delfinów. Twórcy filmu przez cały czas mają świadomość absurdalności całej sytuacji. Pomimo groteski, prawda na końcu okazuje się makabryczna. Nurtującym jest pytanie po prostu o to, dlaczego Japończycy zabijają delfiny? Co może nam to powiedzieć o ludzkiej naturze?
Z wieloma pytaniami pozostawiają nas dokumenty. Wielu pytań dostarczają nam prawdziwe historie. Jeśli jednak na tym między innymi ma polegać rola i wpływ dokumentalistów na rzeczywistość - to niech tych pytań pozostaje jak najwięcej.
Grzegorz Żukowski Ryszard Kapuściński uważał, że dziennikarstwo jest misją i powołaniem, a informacja może mieć moc zmieniania świata. Obok doktoratów honoris causa i nagród literackich, najwyżej cenił sobie tytuł reportera.
O Kapuścińskim – reporterze agencyjnym - rozmawiam z jego przyjacielem ze studiów i z pracy, Mirosławem Ikonowiczem.
Do każdej podróży starał się solidnie przygotować, przede wszystkim za pomocą lektur. Kiedy jednak wybuchające nagle wojny i konflikty wymagały natychmiastowego wyjazdu, wtedy przygotowywał się w biegu. Do Hondurasu trafił na czas wojny futbolowej, nie znał kraju, ale znał język i posiadał bardzo ważną w dziennikarstwie umiejętność obserwacji i łatwości nawiązywania kontaktów. W pracy reportera najważniejszy jest kontakt bezpośredni. Kapuściński martwił się tym, że dzisiaj, aby napisać tekst chętniej zbiera się materiał z Internetu niż z rozmowy. - Rzeczy, które Ryszard pisał tylko w oparciu o depesze agencyjne były płaskie, gdy to samo opisał na podstawie rozmów - było widać głębię, można było się zanurzyć w opisywany świat.
Podczas konfliktu w Gruzji w 2008 roku Ikonowicz znalazł się w Tbilisi. - Mają tam dwa Marriotty, trafiłem do jednego. W patio zastałem stado dziennikarzy. Wszyscy siedzieli przed komputerami, o sytuacji na zewnątrz dowiadywali się z internetu lub od operatorów kamer bo tylko operatorzy przebywali na prawdziwej wojnie. Takie dziennikarstwo odstręcza mnie i odstręczało Ryszarda. Od razu stamtąd wyszedłem. Kapuściński twierdził, że nigdy w pełni nie oddamy obrazu świata, ale musimy próbować, ważny jest kolektyw ludzki, do którego docieramy, obserwacja, rozmowa. Ludzie lgnęli do niego, był ciepły, pełen empatii, potrafił zamieniać się w słuch, ktoś kto z nim rozmawiał czuł się ważny. Bardzo skromny z natury, zawsze zapamiętywał twarz człowieka, nawet jeśli widział go raptem dwa razy. Miał dar bardzo szybkiego
oceniania ludzi, wiedział czy ktoś ma coś do przekazania, jakieś doświadczenie, historię - zawód reportera wyrabia taką umiejętność. - Po jakimś czasie pracy łatwo odróżnić czy ktoś jest interesujący czy nie, to staje się szóstym zmysłem dziennikarza i Kapuściński miał bardzo czuły ten zmysł. Na licznych zdjęciach przywiezionych z Afryki ludzie utrwaleni przez Kapuścińskiego uśmiechają się, wokół wojna i bieda, a każdy uśmiecha się do fotografa. Na seminariach dla młodych dziennikarzy, które prowadził na prośbę Gabriela Garcii Marquez'a i innych hiszpańskich kolegów, głównie w Ameryce Łacińskiej, często mówił o technice rozbrajania twarzy. Na przykład, gdy w buszu spotykał patrol wojskowy, z którym nie wiedział jak rozmawiać, a w promieniu kilku kilometrów brakowało innej władzy, to jego życie zależało od sposobu rozmowy i uśmiechu. Wymagało to ogromnego wyczucia, bo uśmiech w nieodpowiednim momencie może być odebrany jako kpina i kosztować głowę.
Kiedy Kapuściński trafił do Luandy, w Angoli, która właśnie odzyskała niepodległość po wojnie i wyjściu Portugalii, miastem rządziła MPLA, jedna z trzech organizacji wyzwoleńczych. Miasto było oblężone, w całej Angoli trwała wojna domowa pomiędzy różnymi odziałami. Specjalny wysłannik PAP, Kapuściński w pewnym momencie decyduje, że musi wyjechać ze stolicy, żeby dowiedzieć się więcej. Usłyszał, że z południa szykuje się do ataku na Luandę frakcja UNITA - ale to mogła być plotka. Na rogatkach spotyka ciężarówkę, która jedzie w tamtym kierunku, wsiada. Po pięćdziesięciu kilometrach kierowca pyta, czy wie dokąd jadą? Nie wiedział. Kierowca wyjaśnił, że od dwóch tygodni żadna z ciężarówek, które wysyłają na południowe granice do oddziałów MPLA, nie dotarła na miejsce. Wszystkie zostają przechwycone przez wrogie oddziały UNITA. Kapuściński przeraził się, ale postanowił jechać dalej, zaryzykował. Jechali w ciągu dnia, kiedy posterunki i patrole chronią się przed skwarem w buszu. Był pierwszym i jedynym dziennikarzem, który dotarł w pobliże frontu. - Czyli to jest pełna improwizacja, nie ma recepty. W tak wielkim kraju, wcześniej zdobyte kontakty
Indie to dziwny kraj: rosnąca światowa potęga ekonomiczna, która do tej pory nie potrafiła poradzić sobie z problemem trądu. Wizyta w wiosce trędowatych w Indiach była najcenniejszą częścią mojej podróży po tym pełnym kontrastów kraju.
Trąd odziany w piękne szaty
nie zawsze się sprawdzają. Często trzeba się narażać. Takie dziennikarstwo zanika, dziś dziennikarze mają na ogół dobre warunki, choć nie jest komfortowo. W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, gdy miało się na plecach napisane press, presse... miało się swoisty immunitet. Dziś strzela się najpierw do prasy, żeby nie opisywała brudnych akcji i interesów. W ciągu trzech dni walk w Gruzji zginęło czterech dziennikarzy, a jedenastu zostało rannych. Lepiej dziś nie przyznawać się, że jest się „press”, lepiej udawać miejscowego, wtopić się w tłum. Rysiek to potrafił, był człowiekiem, który nie rzucał się w oczy.
Szybko zorientowano się, że Kapuściński trzymając się rygoru depeszy agencyjnej, która powinna być zwięzła i krótka, potrafił syntetycznie opisać mechanizmy napędzające konflikt zbrojny, podsumować wydarzenia, które doprowadziły do dramatycznej sytuacji. To jest największą sztuką w depeszy, aby oddać jednym zdaniem koloryt lokalny państwa, to oczywiście wymaga zrozumienia tego co się tam dzieje, zwykła relacja jest zbyt płaska.
Kapuściński i Ikonowicz już na studiach wiedzieli, że chcą być dziennikarzami. Chcieli podróżować i pisać. Niektórzy podróżują, bo chcą pojechać na wczasy, a są tacy którzy jadą, bo coś ich ciągnie, mają duszę podróżnika, Ryszard Kapuściński odwiedził w sumie sto krajów i żadna z jego podróży nie była podróżą turystyczną, tylko zawodową.
rozmawiała Oliwia Podlecka
*Mirosław Ikonowicz – ur. 1931, dziennikarz, reporter, długoletni korespondent PAP za granicą, niezmiennie aktywny, od kilkunastu lat ekspert w tematyce watykańskiej i Kościoła, nadal w PAP, współpracuje z KAI, z „Polityką” i „Przeglądem Powszechnym”. Po miesiącu podróżowania po Indiach dotarłem do niewielkiej miejscowości Ramgahr na północnym wschodzie kraju. Miasto leży w jednym z najbiedniejszych stanów Indii, Jarkhand i jest omijane przez turystów. Dla mnie jednak ten przystanek okazał się najcenniejszym epizodem podróży, przebijającym zdecydowanie zwiedzanie Taj Mahal.
Wysiadając z pociągu poczułem na sobie wzrok czekających na peronie ludzi. Patrzyli na mnie jakbym był pierwszym białym, który stanął na ich ziemi. Tu poczułem zderzenie z innym światem i dlatego ucieszył mnie widok polskiej siostry zakonnej, która już na mnie czekała. Jej szary habit od razu zauważyłem wśród tradycyjnych hinduskich ubiorów. Przywitaliśmy się serdecznie i poszliśmy na parking, gdzie czekał na nas kierowca w samochodzie przypominającym karetkę. Ruszyliśmy.
Siostra Stefania Gembalczyk mieszka w Indiach już ponad dwadzieścia lat i zajmuje się leczeniem trędowatych. W Ramghar misja sióstr franciszkanek prowadzi szkołę i opiekuje się kolonią trędowatych.
Następnego dnia z niepokojem czekałem na pierwsze spotkanie z trędowatymi. Trąd – to choroba symboliczna, przez tysiąclecia budząca przerażenie. Gdy już znaleźliśmy się w kolonii – dzieci tam mieszkające wybiegły nam na spotkanie w radosnych podskokach! Potem przywitały nas dziewczyny w czystych kolorowych sari. Przyznam, że nie tak wyobrażałem sobie slumsy, gdzie żyją trędowaci. „Dziś obchodzą święto Magayayo, to coś w rodzaju naszego Wielkiego Postu – tłumaczy siostra - każdy chce wyglądać w ten dzień pięknie, nawet trędowaci.”
Idziemy w głąb wioski – mężczyzna kąpie się w kałuży, dalej kobiety rozczesują kołtuny. I nagle - odczuwam przerażenie na widok zaawansowanych przypadków trądu. Patrzę na ludzi bez rąk i nóg, na ludzi z
okrutnymi ranami na ciele. Taki rodzaj biedy i nieszczęścia był kiedyś dla mnie niemal symbolem całego Trzeciego Świata.
Mieszkańcy kolonii trędowatych żyją w lepiankach pozbawionych bieżącej wody i niestałym dostępie do elektryczności. Jednak wąskie uliczki kolonii choć nie były czyste to nie tonęły też w śmieciach. Wydawało się, że okaleczeni mieszkańcy starali się, w miarę możliwości, dbać o miejsce, w którym żyją. Lepianki wymalowano w jaskrawych kolorach jakby ich mieszkańcy chcieli zamalować biedę. To zresztą jest charakterystyczne dla całych Indii: bieda okrywana jest piękną kolorową szatą.
Siostra r Stefania podchodziła do każdego mieszkańca, pytała o zdrowie, dotykała lub przyjaźnie poklepywała. Wyglądało jakby dotyk miał właściwości lecznicze, bo na twarzach chorych pojawiał się uśmiech. Odwiedziliśmy też rodzinę, gdzie właśnie urodziło się dziecko. Mimo ze rodzice są hinduistami prosili siostrę o błogosławieństwo dla noworodka.
Od mojej przewodniczki usłyszałem wiele opowieści o spotykanych po drodze ludziach. Szczególnie zapadła mi w pamięć historia Jeetu, który zaraził się trądem od własnego ojca. Jego matka postanowiła pozbyć się chorego dziecka. Chłopiec został podrzucony w mieście, pod szpitalem dla trędowatych prowadzonym przez chrześcijańska misję z Anglii. Chorzy usłyszeli płacz dziecka i tak uratowali mu życie ale nie mogli go wyleczyć, ponieważ w tamtych czasach nie było jeszcze skutecznych medykamentów. Jeetu stracił wszystkie palce u rąk i nóg. Po latach wrócił do domu ale matka po raz drugi odrzuciła syna. I tak Jeetu przybył do Ramgargh.
Weszliśmy do niewielkiego, ciemnego pomieszczenia, które pełni rolę przychodni zdrowia, Wyposażenie bardzo ubogie: żelazna szafa z lekami, stół, krzesło, łóżko do wykonywania zabiegów. Tu siostra Stefania codzienne opatruje rany, niektóre wyglądają makabrycznie, cuchną. „Bez Bożej pomocy nie dałabym tu sobie rady – mówi wzdychając.- Czasami mam momenty załamania – wyznaje – ale radość na twarzach chorych gdy tylko udaje się mi ukoić choć na chwile ich ból sprawia, że czuje się tu potrzebna. Nie mogę tak po prostu zostawić ich i odejść.”
Służba zdrowia w Indiach funkcjonuje bardzo słabo, a problem trądu jest w zasadzie pomijany. Hindusi choć dumni ze swej kultury i kwitnącej gospodarki, często lekceważą wyzwanie masowego ubóstwa czy chorób tropikalnych. W Indiach prawie nie ma szpitali dla trędowatych dlatego ludzie cierpiący na tę okrutną chorobę są zdani sami na siebie lub na pomoc misjonarzy. A chorują najczęściej przedstawiciele najniższych kast, którzy i tak nie mają prawie żadnych przywilejów. Społeczeństwo izoluje trędowatych , opiekę i leczenie znajdują więc w wydzielonych koloniach. Dlatego Indie stale potrzebują ludzi takich jak Matka Teresa z Kalkuty czy ojciec Marian Żelazek, polski misjonarz prowadzący przez lata kolonię trędowatych w Puri. Taką właśnie osobą, pracującą bez rozgłosu i w bardzo trudnych warunkach, jest siostra Stefania Gembalczyk. Zdjęcia, które ilustrują moją relację powstały także dzięki siostrze: bez jej pomocy byłoby to po prostu niemożliwe. Te zdjęcia z Ramgahr są dla mnie ważniejszą pamiątką z podróży po Indiach niż fotografie kapiącej złotem Taj Mahal.
Andrzej Wolf
Żydów, buddystów, muzyków, młodzież, studentów, nowożeńców, właścicieli pubów, sex shopów i innych połączyła osoba Jana Pawła II. O tym, jak to się stało i czy nadal łączy ponad podziałami - opowiada książka „Czas zatrzymany” Jakuba P. Kulawczuka.
Czas zatrzymany
Autor, który jest absolwentem Laboratorium Reportażu, wraz ze swoimi współpracownikami wysłuchał kilkudziesięciu wspomnień z ostatnich dni życia Jana Pawła II, momentu jego śmierci oraz dotyczących tego, co zdarzyło się między 2 a 8 kwietnia 2005 roku. Swoimi przeżyciami dzielą się z czytelnikami zarówno znane postaci (m.in. aktorka Małgorzata Braunek, piosenkarz Muniek Staszczyk czy muzyk Tymon Tymański) jak i zupełnie zwyczajne: pracowniczka empiku, socjolog, studenci, księża, właściciele pubów i sklepów z artykułami erotycznymi. Opowiadają o swoich przeżyciach, ale też o zwyczajnych czynnościach, które wykonywali - lub nie - w tamtym czasie.
Od przedstawicieli innych wyznań czytelnik dowiaduje się, jak oni przeżyli śmierć niezwykłego człowieka ( „jednego z największych dotychczas żyjących ludzi” – pada nawet takie określenie), a niekoniecznie jedynie religijnego przywódcy. Z kolei właściciele miejsc rozrywki opowiadają o wahaniach związanych z działalnością biznesową w tamtych dniach. Zwyczajne opowieści dotyczą różnych rzeczy, ale w warstwie głębokiej wszystkie koncentrują się na jednej sprawie – przemianie i doświadczeniu niezwykłego zjawiska.
Czytanie kolejnych rozmów może wydawać się z początku nużące, ale każda staje się wagonikiem w tym pociągu wspólnych przeżyć. Ta książka nie mogłaby istnieć bez którejś z nich. Można pomijać nawet informacje o autorach, bo nie liczy się, kto to powiedział, ale to, że wszyscy właściwie mówią jednym głosem. W pewnym momencie przestaje mieć znaczenie, czy zdania wypowiada buddystka, żyd, katolik czy niewierzący, bo wszyscy doświadczają jednego – metafizycznego - zjawiska.
Niektóre historie zapadają w pamięć szczególnie: Józefa G. i jego braci, którzy prowadzili przez siedem lat agencję towarzyską, a po śmierci papieża zdecydowali o jej zamknięciu; Igi Szkutnik, licealistki, dziewczyny nie stroniącej od imprez, która nie wiedziała, jak określić, co czuje, a dzięki tamtym dniom odnalazła drogę do Boga; właścicieli pubów, klubów muzycznych i sex shopów, którzy po początkowych wątpliwościach rezygnowali w tamtych dniach z zarobku; młodych par, które w dniu śmierci Jana Pawła II brały ślub i wreszcie mężczyzny, który w tym dniu został ojcem.
Trudno jednoznacznie określić uczucia, jakie wzbudza ta książka. Początkowo pojawiła się myśl o tym, że to kolejna pozycja o chwilowej przemianie Polaków, ale gdy się w nią zagłębiłam zdałam sobie sprawę, że jest inna. Nie patetyczna, ale stonowana. Przyziemna, ale jednocześnie zawierająca pierwiastek absolutu, a przede wszystkim prawdziwa, bo stanowi zapis stanu uczuć ale i wydarzeń z tamtego pamiętnego tygodnia. Jeżeli ktoś będzie chciał sobie tamte dni przypomnieć albo przedstawić je komuś, kto ich nie przeżył, polecenie „Czasu zatrzymanego” to jedno z lepszych rozwiązań.
Kilka lat temu, jak jedna z bohaterek, choć wiedziałam i wiem, że Jan Paweł II wielkim Polakiem był, nie umiałam odczytać tych dni, nie umiałam sobie w nich znaleźć miejsca. „Czas zatrzymany” pokazuje mi, co straciłam.
Joanna Sopyło
autorach, bo nie liczy się, kto to powiedział, ale to, że wszyscy właściwie mówią jednym głosem. W pewnym momencie przestaje mieć znaczenie, czy zdania wypowiada buddystka, żyd, katolik czy niewierzący, bo wszyscy doświadczają jednego – metafizycznego - zjawiska.
Niektóre historie zapadają w pamięć szczególnie: Józefa G. i jego braci, którzy prowadzili przez siedem lat agencję towarzyską, a po śmierci papieża zdecydowali o jej zamknięciu; Igi Szkutnik, licealistki, dziewczyny nie stroniącej od imprez, która nie wiedziała, jak określić, co czuje, a dzięki tamtym dniom odnalazła drogę do Boga; właścicieli pubów, klubów muzycznych i sex shopów, którzy po początkowych wątpliwościach rezygnowali w tamtych dniach z zarobku; młodych par, które w dniu śmierci Jana Pawła II brały ślub i wreszcie mężczyzny, który w tym dniu został ojcem.
Trudno jednoznacznie określić uczucia, jakie wzbudza ta książka. Początkowo pojawiła się myśl o tym, że to kolejna pozycja o chwilowej przemianie Polaków, ale gdy się w nią zagłębiłam zdałam sobie sprawę, że jest inna. Nie patetyczna, ale stonowana. Przyziemna, ale jednocześnie zawierająca pierwiastek absolutu, a przede wszystkim prawdziwa, bo stanowi zapis stanu uczuć ale i wydarzeń z tamtego pamiętnego tygodnia. Jeżeli ktoś będzie chciał sobie tamte dni przypomnieć albo przedstawić je komuś, kto ich nie przeżył, polecenie „Czasu zatrzymanego” to jedno z lepszych rozwiązań.
Joanna Sopyło KONESER Kiedyś może się to skończyć, dlatego potrzebuje stałej pracy, wiesz, ZUS i te sprawy. Ale i tak zawsze będę koneserem.
Tomek czekał pod jednym z eleganckich warszawskich hoteli. Nosił luźne spodnie i bluzę z kapturem. Z boku mijali nas panowie w garniturach i panie w drogich sukniach. Zmierzali na wieczorny bal.
- Siema stary – powiedział Tomek. – Chodź do wozu, zaczyna padać.
Do wozu, dobre sobie! Srebrna Carrera 4s zaparkowana w bocznej uliczce. Zajęliśmy miejsca, Tomek włączył dyskretne podświetlenie zegarów.
- Fajne autko, nie? Porsche, garnitur od Armaniego...Dostaję różne prezenty.
Poznałem go w parku. Siedział z kumplami na ławce i sączył piwo z butelki.
- Lubię wychodzić ze znajomymi. Mogę się napić czegoś normalnego i zjeść kebab...Krewetki i kawior zdecydowanie mi nie służą.
Zauważyłem, że w ogóle prowadzi aktywny tryb życia.
- Tak naprawdę to w domu bywam tylko kiedy śpię. Traktuję go tak, jak hotel.
A tymczasem do hotelu wchodzili ostatni goście śpieszący na bal. Wysoka kobieta o pociągłej twarzy i facet wyglądający na Latynosa.
- Pamiętam, jak zabraliśmy z kumplem rowery i polecieliśmy do Buenos Aires. Na miejsce następnego spotkania wyznaczyliśmy dopiero Limę w Peru. W ciągu trzech miesięcy przejechałem pół Argentyny, Paragwaj i Boliwię. Wiesz, jak się uzbiera więcej kasy to do głowy przychodzą różne pomysły.
Krople deszczu głośniej uderzyły o dach samochodu. Tomasz nagle spoważniał. Zapalił papierosa i wyciągnął się w fotelu.
- Więc tak. Ja jestem bardzo konkretnym człowiekiem. Podoba mi się kiedy kobiety też stawiają sprawę jasno – wydmuchnął dym. Nie pierdolą się w jakieś randki, kawki i podchody, tylko mówią czego chcą. Wiesz, co mam na myśli?
Przytaknąłem. Od strony hotelu dały się słyszeć pierwsze takty walca.
- Najpierw koleżanka zaprosiła mnie na wesele – jako osobę towarzysząca. Powiedziała, że zapłaci 500 złotych. Ale to nie o pieniądze chodzi. Chcę, żeby kobiety czuły się doceniane. Żeby wierzyły w siebie....i były szczęśliwe.
Ciekawe, za co te pięć stów?...
- Wiadomo, nie zawsze jest tak, że zjemy kolację, porozmawiamy i tyle. Często kończy się to seksem. Każdy z nas ma swoje potrzeby.
To prawda, ja na przykład robię się głodny...
- One nie gotują już mężom obiadków. To piękne, zadbane kobiety. Samotne i mężatki, biznesłumen, panie prezes. Ich faceci siedzą daleko stąd albo są pracoholikami.
No kontynuuj, kontynuuj...
_Bardzo mi się podobają. Można z nimi normalnie porozmawiać, dużo się od nich nauczyć. Z rówieśniczkami nie potrafię nawiązać żadnej sensownej relacji. To jeszcze dziewczyny, a nie kobiety.
Niebo przecięła błyskawica. Potężny grzmot zagłuszył wszelkie inne dźwięki. Tomasz wpatrywał się w przednią szybę.
- Tak, jestem facetem do towarzystwa. Za pieniądze umilam paniom życie. Wiedzą, że jeśli trzeba dobrze zaprezentować się, mogą mnie zaprosić. Znam kilka języków, potrafię zachować się w towarzystwie. Jestem dla nich partnerem.
Teraz przez szum ulewy docierała do nas jakaś wolna melodia grana w hotelu.
- Kilka kobiet zapomniało, że nie jestem służącym. Wyjaśniłem im to i zaczęły traktować mnie inaczej – zaczął bawić się zapalniczką. Szacunek jest bardzo ważny. Szacunek i szczerość. Kiedyś przeżyłem zawód miłosny z kobietą starszą ode mnie o 10 lat. Potem chciała, abyśmy zostali przyjaciółmi ale ja nie wierzę w przyjaźń między mężczyzną i kobietą. Ona jest tylko wtedy, gdy jednak ze stron chce czegoś więcej.
Tak, to jedna z takich chwil, w których nie należy odzywać się.
- W ludziach nie lubię dwulicowości. Szybko rozpoznaję, że ktoś taki jest. Nie patrzy w oczy.
Znowu zagrzmiało. Tomek ożywił się. Sięgnął do stacyjki i uruchomił silnik.
- No, podrzucić cię gdzieś? Pogoda dzisiaj nieciekawa.
Powiedziałem: „Mokotów” i zapiąłem pas.
Trochę później, zamykając za mną drzwi samochodu, rzucił z uśmiechem:
A, jeszcze jedno. Nie zapomnij napisać, że jestem koneserem! Koneserem starych obrazów.
Co ty właściwie robisz na co dzień?
- Nie mówiłem? Jestem urzędnikiem państwowym.
Bartosz Marcinkiewicz
Od lat zajmuję się przede wszystkim czytaniem i oceną dramatów, scenariuszy, pomysłów teatralnych i filmowych. Propozycja Bartosza Marcinkiewicza jest dla mnie „treatmentem” do rozwinięcia. Autor proponuje nam wyrazistego bohatera, sytuację, sugestię inscenizacyjną (porsche, hotel, burza, deszcz, muzyka) – tylko pisać scenariusz. Świetny, skrótowy język opisu wskazuje, że autor dobrze się czuje w wybranej konwencji (a styl opowiadanej historii zawsze jest bardzo ważny, niektórzy mówią, ze najważniejszy). Odczuwam tu (i w tekście sprzed kilku miesięcy „Lecę bo chcę”) potencjał na opowiadania równie zdecydowanie rejestrujące życie warszawiaków pocz. XXI w., jak to się udało młodemu Januszowi Głowackiemu na przełomie lat 60. i 70.
Krzysztof Sielicki
Mało polityczne spojrzenie na żałobę narodową
Zwykle brak jest znaków na niebie i na ziemi. Proroctwa również odszukiwane są każdorazowo ex post. Jesteśmy zupełnie nieprzygotowani, bezbronni w obliczu tragedii, które nie miały się wydarzyć. Nie nam, nie im, nie tam, nie wtedy.
10 kwietnia miał być takim samym zwykłym dniem – w dodatku sobotą, dniem posiadającym pozytywny potencjał z samej definicji.
Tego dnia 96 osoby wsiadły do prezydenckiego samolotu lecącego do Katynia, nieświadome tego, że żadne ich życiowe czy nawet dzienne plany już nigdy nie mają szansy na realizację. W domach pozostawili otwarte gazety, włączone laptopy, oczekujące dzieci, dwie godziny później cały świat widział strzępy ich ubrań powiewające wśród pozostałości tego, co rano było kadłubem samolotu. Rozbity samolot, przerwane życia. Narodowa deziluzja. Lubiani, czczeni, szanowani, znienawidzeni, pogardzani, obojętni - prawie wszyscy należeli jednak do elit, do świata, w którym to nie miało prawa się wydarzyć. Logika zawodzi, gdy ginie urzędujący prezydent, prezydent na uchodźstwie, zwierzchnik sił zbrojnych, wszyscy dowódcy sił zbrojnych, szef IPN, prezes NBP, posłowie, duchowni, członkowie rodzin katyńskich, studentki, matki małych dzieci.
Jeżeli usiłowałabym doszukiwać się jakiejś wartości społecznej tej tragedii, to chyba byłby to fakt, że 10 kwietnia doświadczyliśmy bardzo rzadkiego zjawiska tożsamości narodowych przeżyć. Wznieśliśmy się ponad poziom politycznych różnic i antypatii i byliśmy w stanie odczuwać stratę ludzi, Polaków. To był równocześnie moment, kiedy mogliśmy bezkarnie
a nawet przy pełnym zrozumieniu świata wskrzesić nasze narodowe mity i upajać się własną megalomanią.
Natychmiast dostrzeżono analogie między mordem polskich oficerów dokonanym przez NKWD w lesie katyńskim 70 lat temu, a wypadkiem samolotu, który leciał na uroczystości mające upamiętnić ofiary tego ludobójstwa. Lawinowo pojawiły się spekulacje, że samolot spadł na skutek zamachu dokonanego przez Rosję, która postanowiła wykorzystać okazję, by pozbyć się swych polskich przeciwników lub alternatywnie, by zatuszować mord katyński.
Zaczęto „ujawniać” nagrania amatorskich kamer mających wskazać na rzekome strzały, którymi rosyjskie służby miały dobijać Polaków. Głoszono, że chmury przed wypadkiem miały ułożyć się w symboliczny znak krzyża. Mówiono o drugim Katyniu, cytowano wieszczów oraz rzekome proroctwa Nostradamusa o spadającym orle.
Poczuliśmy się w jakiś sposób silni mocą tragedii, która nas dotknęła jako naród,
potrafiliśmy i mieliśmy potrzebę wspólnego uzewnętrzniania cierpienia. Dzień i noc na kanałach informacyjnych rekonstruowano przebieg wypadku, rozmawiano z ekspertami,
z politykami, którzy niespodziewanie okazywali emocje, wyświetlano zdjęcia ofiar. Towarzyszyliśmy każdej nowej trumnie, którą przywożono z Rosji. Staliśmy na trasie ich przejazdu, rzucaliśmy kwiaty, czuliśmy się znów na chwilę członkami zbiorowości o wspólnocie doswiadczeń społeczno-historycznych. Sprawdzaliśmy, czy świat dostrzega naszą tragedię, czy ma ona wysoki priorytet w newsach zagranicznych mediów.
Pod Pałacem Prezydenckim gromadziły się tłumy, zapalając znicze. Zmarły prezydent i jego żona dość niespodziewanie urośli do rangi narodowych symboli tej tragedii. Ich jedyna córka stała się na jakiś czas własnością wspólną- niejako„narodową sierotą”.
Polacy pielgrzymowali pod Pałac Prezydecki, zdolni do oczekiwania przez 8 godzin na możliwość złożenia hołdu przed wystawionymi na widok publiczny trumnami prezydenckiej pary. Poczty sztandarowe, grupy rekonstrukcyjne wojska polskiego, pielęgniarki, górnicy w strojach galowych. Warszawa stała się na kilka dni mekką dla pielgrzymów z całej Polski. Pojawiły się „konwersje polityczne” zwykłych obywateli i niekiedy społeczna nagonka na przeciwników politycznych tragicznie zmarłego prezydenta, niekiedy wzmocniona oskarżeniami o przyczynienie się do tej tragedii. Zmarłych niekiedy nazywano „męczennikami”, pojawiały się również głosy, by beatifikować prezydenta.
Fantazja Polaków, która przejawia się niekiedy w pewnej nonszalancji w stosunku do tzw. zdrowego rozsądku sprawiła, że przeżywanie „czystej”, nieobciążonej polityką i osobistymi ambicjami żałoby ograniczyło się do trzech dni, do czasu kiedy postanowiono wybrać miejsce wiecznego spoczynku dla prezydenta.
Katarzyna Malak
10 kwietnia miał być takim samym zwykłym dniem – w dodatku sobotą, dniem posiadającym pozytywny potencjał z samej definicji.
Tego dnia 96 osoby wsiadły do prezydenckiego samolotu lecącego do Katynia, nieświadome tego, że żadne ich życiowe czy nawet dzienne plany już szansy na realizację. W domach pozostawili otwarte gazety, włączone laptopy, oczekujące dzieci, dwie godziny później cały świat widział strzępy ich ubrań powiewające wśród pozostałości tego, co rano było kadłubem samolotu. Rozbity samolot, przerwane życia. Narodowa deziluzja. Lubiani, czczeni, szanowani, znienawidzeni, pogardzani, obojętni - prawie wszyscy należeli jednak do elit, do świata, w którym to nie miało prawa się wydarzyć. Logika zawodzi, gdy ginie urzędujący prezydent, prezydent na uchodźstwie, zwierzchnik sił zbrojnych, wszyscy dowódcy sił zbrojnych, szef IPN, prezes NBP, posłowie, duchowni, członkowie rodzin katyńskich, studentki, matki małych dzieci.
Jeżeli usiłowałabym doszukiwać się jakiejś wartości społecznej tej tragedii, to chyba byłby to fakt, że 10 kwietnia doświadczyliśmy bardzo rzadkiego zjawiska tożsamości narodowych przeżyć. Wznieśliśmy się ponad poziom politycznych różnic i antypatii i byliśmy w stanie odczuwać stratę ludzi, Polaków. To był równocześnie moment, kiedy mogliśmy bezkarnie
a nawet przy pełnym zrozumieniu świata wskrzesić nasze narodowe mity i upajać się własną megalomanią.
Natychmiast dostrzeżono analogie między mordem polskich oficerów dokonanym przez NKWD w lesie katyńskim 70 lat temu, a wypadkiem samolotu, który leciał na uroczystości mające upamiętnić ofiary tego ludobójstwa. Lawinowo pojawiły się spekulacje, że samolot spadł na skutek zamachu dokonanego przez Rosję, która postanowiła wykorzystać okazję, by pozbyć się swych polskich przeciwników lub alternatywnie, by zatuszować mord katyński.
Zaczęto „ujawniać” nagrania amatorskich kamer mających wskazać na rzekome strzały, którymi rosyjskie służby miały dobijać Polaków. Głoszono, że chmury przed wypadkiem miały ułożyć się w symboliczny znak krzyża. Mówiono o drugim Katyniu, cytowano wieszczów oraz rzekome proroctwa Nostradamusa o spadającym orle.
Poczuliśmy się w jakiś sposób silni mocą tragedii, która nas dotknęła jako naród,
potrafiliśmy i mieliśmy potrzebę wspólnego uzewnętrzniania cierpienia. Dzień i noc na kanałach informacyjnych rekonstruowano przebieg wypadku, rozmawiano z ekspertami,
z politykami, którzy niespodziewanie okazywali emocje, wyświetlano zdjęcia ofiar. Towarzyszyliśmy każdej nowej trumnie, którą przywożono z Rosji. Staliśmy na trasie ich przejazdu, rzucaliśmy kwiaty, czuliśmy się znów na chwilę członkami zbiorowości o wspólnocie doswiadczeń społeczno-historycznych. Sprawdzaliśmy, czy świat dostrzega naszą tragedię, czy ma ona wysoki priorytet w newsach zagranicznych mediów.
Pod Pałacem Prezydenckim gromadziły się tłumy, zapalając znicze. Zmarły prezydent i jego żona dość niespodziewanie urośli do rangi narodowych symboli tej tragedii. Ich jedyna córka stała się na jakiś czas własnością wspólną- niejako„narodową sierotą”.
Polacy pielgrzymowali pod Pałac Prezydecki, zdolni do oczekiwania przez 8 godzin na możliwość złożenia hołdu przed wystawionymi na widok publiczny trumnami prezydenckiej pary. Poczty sztandarowe, grupy rekonstrukcyjne wojska polskiego, pielęgniarki, górnicy w strojach galowych. Warszawa stała się na kilka dni mekką dla pielgrzymów z całej Polski. Pojawiły się „konwersje polityczne” zwykłych obywateli i niekiedy społeczna nagonka na przeciwników politycznych tragicznie zmarłego prezydenta, niekiedy wzmocniona oskarżeniami o przyczynienie się do tej tragedii. Zmarłych niekiedy nazywano „męczennikami”, pojawiały się również głosy, by beatifikować prezydenta.
Fantazja Polaków, która przejawia się niekiedy w pewnej nonszalancji w stosunku do tzw. zdrowego rozsądku sprawiła, że przeżywanie „czystej”, nieobciążonej polityką i osobistymi ambicjami żałoby ograniczyło się do trzech dni, do czasu kiedy postanowiono wybrać miejsce wiecznego spoczynku dla prezydenta.
Katarzyna Malak
10 kwietnia miał być takim samym zwykłym dniem – w dodatku sobotą, dniem posiadającym pozytywny potencjał z samej definicji.
Tego dnia 96 osoby wsiadły do prezydenckiego samolotu lecącego do Katynia, nieświadome tego, że żadne ich życiowe czy nawet dzienne plany już nigdy nie mają szansy na realizację. W domach pozostawili otwarte gazety, włączone laptopy, oczekujące dzieci, dwie godziny później cały świat widział strzępy ich ubrań powiewające wśród pozostałości tego, co rano było kadłubem samolotu. Rozbity samolot, przerwane życia. Narodowa deziluzja. Lubiani, czczeni, szanowani, znienawidzeni, pogardzani, obojętni - prawie wszyscy należeli jednak do elit, do świata, w którym to nie miało prawa się wydarzyć. Logika zawodzi, gdy ginie urzędujący prezydent, prezydent na uchodźstwie, zwierzchnik sił zbrojnych, wszyscy dowódcy sił zbrojnych, szef IPN, prezes NBP, posłowie, duchowni, członkowie rodzin katyńskich, studentki, matki małych dzieci.
Jeżeli usiłowałabym doszukiwać się jakiejś wartości społecznej tej tragedii, to chyba byłby to fakt, że 10 kwietnia doświadczyliśmy bardzo rzadkiego zjawiska tożsamości narodowych przeżyć. Wznieśliśmy się ponad poziom politycznych różnic i antypatii i byliśmy w stanie odczuwać stratę ludzi, Polaków. To był równocześnie moment, kiedy mogliśmy bezkarnie
a nawet przy pełnym zrozumieniu świata wskrzesić nasze narodowe mity i upajać się własną megalomanią.
Natychmiast dostrzeżono analogie między mordem polskich oficerów dokonanym przez NKWD w lesie katyńskim 70 lat temu, a wypadkiem samolotu, który leciał na uroczystości mające upamiętnić ofiary tego ludobójstwa. Lawinowo pojawiły się spekulacje, że samolot spadł na skutek zamachu dokonanego przez Rosję, która postanowiła wykorzystać okazję, by pozbyć się swych polskich przeciwników lub alternatywnie, by zatuszować mord katyński.
Zaczęto „ujawniać” nagrania amatorskich kamer mających wskazać na rzekome strzały, którymi rosyjskie służby miały dobijać Polaków. Głoszono, że chmury przed wypadkiem miały ułożyć się w symboliczny znak krzyża. Mówiono o drugim Katyniu, cytowano wieszczów oraz rzekome proroctwa Nostradamusa o spadającym orle.
Poczuliśmy się w jakiś sposób silni mocą tragedii, która nas dotknęła jako naród,
potrafiliśmy i mieliśmy potrzebę wspólnego uzewnętrzniania cierpienia. Dzień i noc na kanałach informacyjnych rekonstruowano przebieg wypadku, rozmawiano z ekspertami,
z politykami, którzy niespodziewanie okazywali emocje, wyświetlano zdjęcia ofiar. Towarzyszyliśmy każdej nowej trumnie, którą przywożono z Rosji. Staliśmy na trasie ich przejazdu, rzucaliśmy kwiaty, czuliśmy się znów na chwilę członkami zbiorowości o wspólnocie doswiadczeń społecznohistorycznych. Sprawdzaliśmy, czy świat dostrzega naszą tragedię, czy ma ona wysoki priorytet w newsach zagranicznych mediów.
Pod Pałacem Prezydenckim gromadziły się tłumy, zapalając znicze. Zmarły prezydent i jego żona dość niespodziewanie urośli do rangi narodowych symboli tej tragedii. Ich jedyna córka stała się na jakiś czas własnością wspólną- niejako„narodową sierotą”.
Polacy pielgrzymowali pod Pałac Prezydecki, zdolni do oczekiwania przez 8 godzin na możliwość złożenia hołdu przed wystawionymi na widok publiczny trumnami prezydenckiej pary. Poczty sztandarowe, grupy rekonstrukcyjne wojska polskiego, pielęgniarki, górnicy w strojach galowych. Warszawa stała się na kilka dni mekką dla pielgrzymów z całej Polski. Pojawiły się „konwersje polityczne” zwykłych obywateli i niekiedy społeczna nagonka na przeciwników politycznych tragicznie zmarłego prezydenta, niekiedy wzmocniona oskarżeniami o przyczynienie się do tej tragedii. Zmarłych niekiedy nazywano „męczennikami”, pojawiały się również głosy, by beatifikować prezydenta.
Fantazja Polaków, która przejawia się niekiedy w pewnej nonszalancji w stosunku do tzw. zdrowego rozsądku sprawiła, że przeżywanie „czystej”, nieobciążonej polityką i osobistymi ambicjami żałoby ograniczyło się do trzech dni, do czasu kiedy postanowiono wybrać miejsce wiecznego spoczynku dla prezydenta.
Katarzyna Malak
przebieg wypadku, rozmawiano z ekspertami,
z politykami, którzy niespodziewanie okazywali emocje, wyświetlano zdjęcia ofiar. Towarzyszyliśmy każdej nowej trumnie, którą przywożono z Rosji. Staliśmy na trasie ich przejazdu, rzucaliśmy kwiaty, czuliśmy się znów na chwilę członkami zbiorowości o wspólnocie doswiadczeń społecznohistorycznych. Sprawdzaliśmy, czy świat dostrzega naszą tragedię, czy ma ona wysoki priorytet w newsach zagranicznych mediów.
Pod Pałacem Prezydenckim gromadziły się tłumy, zapalając znicze. Zmarły prezydent i jego żona dość niespodziewanie urośli do rangi narodowych symboli tej tragedii. Ich jedyna córka stała się na jakiś czas własnością wspólną- niejako„narodową sierotą”.
Polacy pielgrzymowali pod Pałac Prezydecki, zdolni do oczekiwania przez 8 godzin na możliwość złożenia hołdu przed wystawionymi na widok publiczny trumnami prezydenckiej pary. Poczty sztandarowe, grupy rekonstrukcyjne wojska polskiego, pielęgniarki, górnicy w strojach galowych. Warszawa stała się na kilka dni miejscem pielgrzymek z całej Polski. Pojawiły się „konwersje polityczne” zwykłych obywateli i niekiedy społeczna nagonka na przeciwników politycznych tragicznie zmarłego prezydenta, niekiedy wzmocniona oskarżeniami o przyczynienie się do tej tragedii. Zmarłych niekiedy nazywano „męczennikami”, pojawiały się również głosy, by beatifikować prezydenta.
Fantazja Polaków, która przejawia się niekiedy w pewnej nonszalancji w stosunku do tzw. zdrowego rozsądku sprawiła, że przeżywanie „czystej”, nieobciążonej polityką i osobistymi ambicjami żałoby ograniczyło się do trzech dni, do czasu kiedy postanowiono wybrać miejsce wiecznego spoczynku dla prezydenta.
Katarzyna Malak
zdjęcia: Jacek Bodzak
Kaprys Szczygła i inne kaprysy
Mariusz Szczygieł w marcu 2010 roku miał kaprys, żeby wydać książkę. A w zasadzie kaprysik, żeby wydać książeczkę z 5 reportażami i 1 wywiadem, których tematem są kobiety. Kaprys to nasza chwilowa zachcianka, którą decydujemy się realizować dla własnej przyjemności. Czy czytelnik też coś zyskuje z „Kaprysiku” Szczygła? Bo to, że Mariusz Szczygieł czerpie dużo przyjemności ze słuchania kobiet, jest widoczne na pierwszy rzut oka.
„Kaprysik” jest mały i różowy. Na okładce znajduje się kiczowata róża, która działa na mnie tak, jak czerwona płachta na byka. Według Mariusza Szczygła okładka ma przyciągać osoby, które lubią czytać „babską literaturę” i zazwyczaj sięgają po łatwiejsze pozycje. Ale reportaże Szczygła nie są trudne, dlatego to wyjaśnienie nie wydaje się satysfakcjonujące. Ciekawe, że w takim kieszonkowym różowym wydaniu znalazły się reportaże z „Wysokich Obcasów” – pisma, które z wszelką różowością i uładzoną kobiecością walczy wszystkimi pazurami. Niezależnie jednak od zamiarów, pomysł na okładkę wydaje się chybiony – pierwsze wrażenie raczej zniechęci potencjalnych czytelników - z przynajmniej minimalnym gustem estetycznym - niż zachęci tych, którzy poszukują taniej sensacji.
Mała zachcianka Szczygła składa się z sześciu jeszcze mniejszych kaprysików. Każdy z nich to damska historia (jak informuje podtytuł). Znajdziemy w nich wszystko, co z kaprysem związane – szaleństwo, figlarność, zaskoczenie, a także brak powodów i przyczyn. Ale znajdziemy w nich też o wiele więcej – jest powaga i sumienność, wielka miłość i drobne kłopoty, wygórowane nadzieje i okrutne rozczarowania. Jeśli przyjrzymy się dokładniej, to odkryjemy, że te kameralne, chwilami błahe, historie niosą w sobie opowieść o życiu – o codzienności i odskoczniach od niej, o osobistych tragediach i małym (ale wielkim!) heroizmie odbudowywania życia ze zgliszczy. Każdy
kaprys jest inny, ale wszystkie są bogato ilustrowane zdjęciami z domowych archiwów. Jedna z zachcianek ma taki sam tytuł, jak cały zbiór i dotyczy upiększania życia. A można je urozmaicić na przykład tak, jak bohaterka reportażu, Anna, która raz na jakiś czas przyjeżdża do fotografa, by wypróbować swoje różne wcielenia przed obiektywem. Pani doktor staje się więc na chwilę Lady Makbet lub damą z XIXego wieku. Ale kaprysiki bywają nie tylko chwilowe – mogą trwać bardzo długo, jak choćby spisywanie wszelkich czynności życiowych przez inną bohaterkę, Janinę Turek. Do czego służyły jej skrzętnie notowane w oddzielnych rubrykach statystyki dotyczące ugotowanych obiadów, obejrzanych seriali i przypadkowo spotkanych ludzi? Nikt tego nie wie, choć zagadka ta nie daje spokoju ani rodzinie ani reporterskiej dociekliwości Szczygła.
Autor słynnego „Gottlandu” wciela się w detektywa raz jeszcze w innym reportażu – tym razem sprawa dotyczy znalezionej przez przypadek kartki z nazwiskami i adresami 21 kobiet. Śledzimy każdy krok reportera i każdą podsuniętą mu poszlakę. Czy polski Sherlock Holmes odgadnie sens listy wśród zawiłości niewiarygodnych domysłów i dobrych rad? O tym czytelnik może się przekonać sam – tak samo, jak i o wartości serdecznych listów od przyjaciółki. „Serial na dwa długopisy” to ostatni reportaż w zbiorze – traktuje o tym, jak dwie przyjaciółki wspierały się na duchu przez 52 lata swojego życia, zwierzając się w listach ze znośnego, choć nielekkiego bycia. W tym tekście obserwujemy, jak zmienia się świat, a wraz z nim kobiety i nie wiadomo, kto kogo przegania. Osobą, która na pewno łapie życie za nogi i potrafi wykorzystać swój czas, jest Izabella SkrybantDziewiątkowska z Tercetu Egzotycznego. Wywiad z nią to opowieść pełna nagłych zwrotów akcji, tragedii, rozterek i powstawania jak feniks z popiołów. Historią, o której jeszcze nie wspominałam, jest reportaż o dowodzie miłości. Rektor AGH w Krakowie miał kaprys, żeby stworzyć pomnik swojej żony na uczelni. To tam zobaczył ją po raz pierwszy 37 lat temu i chciał upamiętnić tę chwilę. A Szczygieł upamiętnia historię małżonków, którzy nie boją się pokazać światu siły swego uczucia.
Mariusz Szczygieł tropi te wszystkie kaprysy, pokazując, że to właśnie one upiększają życie, dodają mu kolorów. Nie jest przy tym zbyt kapryśny – historie przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza, ze wszystkimi znakami zapytania i wątpliwościami, jednocześnie szukając różnych interpretacji. Samo stawianie pytań daje dużo do myślenia, nie trzeba więc koniecznie rozwiązywać wszystkich zagadek. Zresztą, pamiętajmy, co pisze Antoine de SaintExupéry w „Małym księciu”: „To, co upiększa dom czy gwiazdy, czy pustynie jest niewidzialne”. To jest właśnie istota tajemnicy, a także istota niezrozumiałych ludzkich kaprysów, o których czyta się z przyjemnością.
Agnieszka Szymanik
Mariusz Szczygieł
„Kaprysik. Damskie historie”
Wyd. Agora SA
Warszawa 2010
"Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret, to takie proste, a przecież takie stare" – tak kiedyś śpiewali „Nieznani Sprawcy” i kabaret „Potem”.
Słowa piosenki zainspirowały studentów i profesorów Laboratorium Reportażu, którzy założyli kabaret dziennikarzy. Premiera odbyła się 13 maja w „klimatycznej” kawiarni „Na kłopoty Bednarska”.
Były dowcipy, skecze, pantomima, reportaże, muzyka, a nawet mrożący krew w żyłach występ cyrkowy szefa Laboratorium. Nad wypełnioną salą unosił się całkiem silny duch pure nonsensu i anarchii (artystycznej).
- Nie wiemy jak zrobić kabaret, ale bardzo chcemy się dowiedzieć. Może nam nie wyjść, ale mamy wielką ochotę spróbować - tak o przedsięwzięciu mówili twórcy, to znaczy: Maciej Dydyński, Krzysztof Kolski, Anna Korcz, Katarzyna Panfil, Aleksandra Przywóska, Agata Sibilska, Maya Teryaki, Justyna Białowąs.