Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








s. 4 s. 8-10 s. 5-6 s. 11 s. 7 s. 12-17 REDAKCJA:

ZSE Krzyk W NUMERZE:

Tydzień przedsiębiorczości Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci Wywiad z panem Arkadiu-szem Łysoniem z "Korso" Rozmowa z germanistką, panią Walentyną Rowbiel Wspomnienia więźniarki Marilyn Monroe - opowia-danie Natalii Miłaszewicz Emilia Kapinos - red. naczelna Joanna Jurkowska - zas- tępca red. naczelnej Dagmara Jaźwiec Patrycja Kowalska Julia Wojdyła Anna Skrzyniarz Monika Skrzyniarz Krzysztof Radoń Weronika Sobusiak Opiekunowie: Agnieszka Lorynowicz Beata Szędzioł Nasz adres: krzykekonomik@o2.pl OD REDAKCJI:
Drodzy Czytelnicy!
ZSE Krzyk

Oto kolejny numer szkolnej gazetki, a w nim - jak zawsze - mnóstwo ciekawych tekstów do poczytania. Na wstępie jednak uzupełniamy informacje dotyczące składu zespołu redakcyjnego, które nie zmieściły się w po-przednim numerze. Prezentujemy krótkie wizytówki naszych redaktorów. Weronika Sobusiak Interesuje się literaturą, wspinaczką górską, językiem wło-skim i kulturą Włoch. Od trzech lat pisze opowiadania. Jest to dla niej forma relaksu, zamknięcie się we własnym świe-cie. Uwielbia wziąć laptop na kolana i tworzyć dla innych, dla tych, którzy chętnie jej opowiadania czytają. W przysz-łości chciałaby napisać książkę. Zainteresowanie kulturą Włoch i samym językiem przejęła od babci, która przez dziewięć lat mieszkała w tym ciepłym kraju. Wspinaczka górska jest dla niej na razie amatorszczyzną, ponieważ je-szcze nie ma środków i odpowiedniego wieku, ale w przy-szłości chce zdobyć góry Maoke. Krzysztof Radoń Na co dzień zajmuje się dziennikarstwem, trenuje kick-boxing i piłkę nożną. Uczęszcza do drugiej klasy zasadni-czej szkoły zawodowej w zawodzie sprzedawca. W przysz-łości chciałby zostać zawodowym strażakiem i założyć własną firmę. Monika Skrzyniarz Jest uczennicą klasy II a T. Lubi słuchać muzyki i czytać. Interesuje się sportem, głównie piłką nożną. Anna Skrzyniarz Uczennica klasy II a T. Jej ulubionym przedmiotem szkol-nym jest matematyka. Interesuje się też sportem. Światowy Tydzień Przedsiębiorczości
W dniach 13-19 listopada realizowany był w naszej szkole projekt "Otwarta firma - biznes przy tablicy". Odbywały się spotkania uczniów z przedstawicielami różnych lokalnych firm i instytucji.
ZSE Krzyk

W ramach tygodnia przedsiębiorczości 17 listo-pada odbyło się spotkanie z doktorem Wacławem Nelcem, dyrektorem Po-radni Psychologiczno - Pedagogicznej w Mielcu, mieszczącej się przy ul. Wyspiańskiego 6. W spot-kaniu udział brały wybrane klasy pierwsze, drugie i trzecie. Gość udzielił nam informacji na temat zadań poradni. Na początku rozmawialiś-my o uzależnieniach. Jed-nym z nich było uzależnie-nie od Internetu. Dowie-dzieliśmy się, że jeżeli jes-teśmy w stanie wytrzymać 72h bez korzystania z fa-cebooka, poczty czy innych portali społecznościowych, to możemy powiedzieć sobie, że mamy nad tym kontrolę. Omawialiśmy też problem posiadania telefonu w szkole. Wymieniliśmy za-lety i wady dysponowania telefonem w trakcie prze-bywania w szkole. Wspól-nie doszliśmy do wniosku, iż telefon może być potrze-bny, ponieważ w przypad-ku nieprzewidywanej sytu-acji dowiadujemy się o niej od razu. Rozmawialiśmy również o cyberprzestępczości. Spot-kać się z nią może każdy, niezależnie od wieku. Ro-dzice wstawiają do Inter-netu zdjęcia swoich malut-kich dzieci w różnych sy-tuacjach. Nie zdają sobie sprawy z tego, że nie da się ich trwale usunąć. Kolejnym zadaniem porad-ni jest rozwiązywanie pro-blemów rodzinnych, ale tylko w sytuacji, gdy bierze w nich udział dziecko. Poradnia organizuje też spotkania, na których uczy, jak być dobrym rodzicem. Warsztaty organizowane są co semestr pod nazwą „Dobry rodzic” lub „Warsz-taty dla dobrego rodzica”. Jednym z zadań poradni jest także pomaganie dzie-ciom, które mają dysleksję i dysortografię. Specjaliści udzielają pomo-cy osobom mającym pro-blem z koncentrowaniem się, za pomocą metody biofeedback. Metoda ta bazuje na obrazowaniu czynności bioelektrycznej mózgu podczas wykony-wania prostych zadań, co umożliwia świadome wpły-wanie na pracę mózgu i zmusza do utrzymywania dużego stopnia koncen-tracji. Poradnia pomaga także osobom, które są nadzwy-czajne uzdolnione. Wspiera ich w rozwijaniu umiejęt-ności i poszerzaniu wiedzy. Spotkanie to było bardzo pouczające. Dowiedzie-liśmy się, jakie zadania pełni Poradnia Psychologi-czno - Pedagogiczna w Mielcu. Dyrektor placówki udzielił odpowiedzi na wszystkie zadane przez nas pytania. Anna i Monika

ZSE Krzyk

- Jak to się stało, że zo-stał Pan dziennika-rzem? Zawsze interesowałem się tym, co dzieje się w mieś-cie, lubiłem być tam, gdzie jest jakieś wydarzenie. Chciałem pisać zwłaszcza o sukcesach młodych ludzi, o pozytywnych akcjach. Gdy w „Korso” pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniu dziennikarza, który m.in. zajmowałby się edukacją, z którą mam wiele wspólne-go, wysłałem swoje CV i udało się. - Czy mógłby Pan prze-dstawić pozytywne i negatywne strony dziennikarstwa? Praca dziennikarza jest in-teresująca, ale jednocześ-nie wymagająca. Dzienni-karz uczestniczy w wielu ciekawych wydarzeniach, ma szansę zajrzeć za kuli-sy, dowiedzieć się więcej. Przy tej okazji można też nawiązać wiele kontaktów, poznać interesujących lu-dzi, którzy realizują swoje pasje. To z kolei uczy wię-kszej otwartości, a zara -

ZSE Krzyk

zem asertywności, bo przecież nie zgadza-my się ze wszystkimi osobami, z którymi rozmawiamy. Często prowadzenie wywiadu polega właśnie na starciu różnych punktów widzenia. I tu można mówić także o złych stronach – niekiedy jesteśmy postrzegani jako ktoś, kto niepotrzebnie się wtrąca i porusza trudne sprawy. Ale taka już rola dziennikarza. Trzeba też liczyć się z tym, że praca w tym zawodzie wymaga często bycia dyspozycyj-nym o różnych porach, we wszystkie dni tygodnia, często także świąteczne, bo wiele wydarzeń, o których informujemy czytel-ników, dzieje się właśnie w weekendy lub święta, popołudniami i wieczorami. - O czym najbardziej lubi Pan pisać? Dla mnie osobiście najciekawsze są zagad-nienia i tematy związane z edukacją, a także tematy społeczne, szczególnie takie, kiedy poprzez artykuł w gazecie i naszą interwencję możemy komuś pomóc. Cie-kawią mnie też tematy związane z historią naszego miasta i regionu. Staram się pisać o dobrych, pozytywnych sprawach, choć niestety w dzisiejszych czasach poczytność mają najbardziej złe wiadomości, tragedie. Jednak uważam, że dobro powinno być za-wsze prezentowane. Lubię także pisać o sukcesach młodych ludzi – takie artykuły zawsze sprawiają komuś radość. - Jakie cechy powinien posiadać, we-dług Pana, dobry dziennikarz? Dobry dziennikarz powinien być przede wszystkim osobą łatwo nawiązującą konta-kty i bardzo asertywną. Powinien intereso-wać się bieżącymi sprawami swojego kraju i regionu, żeby wyrobić sobie własne zda-nie. Przydaje się też dociekliwość i wnikli-wość. Trzeba również posiadać umiejętn-ość pracy w pośpiechu i pod presją czasu. - Jakie rady dałby Pan osobom, które w przyszłości chciałyby zająć się dziennikarstwem? Wiele osób marzących o dziennikarstwie po prostu lubi pisać. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że talent literacki nie musi ozna-czać predyspozycji do pracy w zawodzie dziennikarza. Język, którego używa się w prasie, jest stosunkowo prosty i nie ma tam miejsca na skomplikowane zabiegi sty-listyczne i wyszukane słownictwo. W pracy dziennikarza równie ważna jest umiejęt-ność zbierania informacji, a czasem nawet uzyskiwania ich tam, gdzie nikt nie chce ich udzielić. Nie jest to więc praca dla osoby nieśmiałej i wrażliwej na krytykę innych. - Słyszałam, że praca dziennikarzy jest trudna i męcząca. Czy zgadza się Pan ze mną? Zgadzam się, praca dziennikarza jest trud-na, czasem męcząca, ale jeżeli ktoś lubi taki ciągły zawrót głowy, to można się w tym wszystkim odnaleźć. Z drugiej strony praca ta daje satysfakcję – zwłaszcza w przypadku, gdy nasz napisany tekst roz-wiązuje jakieś ludzkie problemy, czy kłopo-ty albo przyczynia się do uruchomienia fali pomocy, np. potrzebującej rodzinie. - Od kiedy Pan rozpoczął pracę w Ty-godniku „Korso?” Pracuję w „Korso” od kilkunastu miesięcy. - A jak spędza Pan czas wolny? Za dużo go nie posiadam, gdyż oprócz pra-cy w gazecie prowadzę również własną firmę szkoleniową, a trzeba jeszcze znaleźć czas na różne prace domowe. Pozostały wolny czas staram się spędzać z rodziną. Amatorsko z kilkunastoma zapaleńcami gram raz w tygodniu w piłkę nożną – to pomaga w odstresowaniu się i daje pozy-tywnego „kopa”. Dziękuję za rozmowę. Wywiad przeprowadziła Joanna Jurkowska

ZSE Krzyk

WSPOMNIENIA WIĘŻNIARKI „Jeśli Bóg istnieje, będzie musiał błagać mnie o wybaczenie” – słowa wydrapane na ścianie baraku w jednym z obozów koncentracyjnych. Niemieckie nazistowskie obozy koncen-tracyjne stanowią straszliwy rozdział w his-torii całego świata. Przedstawiają obraz piekła stworzonego przez człowieka do eksterminacji. Założone w celu realizacji jednego marzenia – zagłady Żydów, Ro-mów i Polaków. Według źródeł spośród 9 mln ludzi zesłanych do obozów koncentra-cyjnych i zagłady zginęło 7,2 mln. Udało mi się dotrzeć do jednej z niewielu już żyjących więźniarek Auschwitz II Birkenau (Brzezinka). Oto jej wspomnienia. [...] Z wagonów towarowych byliśmy wy-pychani, szliśmy na ogromny plac. Tam niemiecka selekcja – tworzyły się grupy lu-dzi starszych, niepełnosprawnych, mło-dych, pochodzenia żydowskiego i innych narodowości. Wśród zamieszania zauważy-łam matkę, której nagle wyrwano niemo-wlę i rzucono na ziemię jak ,,śmieć”. W mgnieniu oka płacz ucichł – dziecko zmar-ło. Wiedziałam, że grupa starszych, niepeł-nosprawnych oraz Żydzi szli na śmierć. [...] Od tej chwili nie byłam człowiekiem, tylko zestawieniem cyfr, zgolono mi włosy, zabrano walizkę, dano mi spodnie i koszulę w białoniebieskie pasy oraz drewniaki. Były one dwa razy większe niż moja stopa i ciężkie. Mieszkałam w bloku z kobietami; kładliśmy się spać nago [...] W zimie dawa-li nam cieniutkie kocyki nietrzymające cie-pła. Kilka razy w nocy byłyśmy sprawdza-ne. Czego? Bo nie mogłyśmy spać razem, tylko osobno, ale czasami były takie mrozy, że potajemnie kładłyśmy się w szóstkę na jednym ,,łóżku”, bo było cieplej. [...] Pracowaliśmy zawsze więcej niż 12 godzin dziennie z racji tego, że byłyśmy młode. Było ciężko – kamienie, tory, coraz mniej siły i energii. W trakcie pracy kilkuminuto-we przerwy na pół kromki suchego chleba, herbatę lub gorzką kawę. Nie zapomnę te-go smaku do końca życia. Kilka razy wi-działam esesmana rzucającego na ziemię uprawną prochy ludzkie i przyśpiewującego sobie przy tym po niemiecku: „Dziadek, matka, córka, ojciec...”. [...] Chwile tam spędzone pozostaną w głowie na zawsze. [...] Zostałam wyzwolona, wyszłam na wolność, wróciłam do domu. [...] Mając zaledwie 17 lat widziałam to, czego nikt nie chciałby widzieć: cierpienie, płacz, codzien-na śmierć ludzi umierających z głodu, z złego stanu psychicznego, ale także nie-wiarygodna nienawiść esesmanów do ludzi. Bycie w obozie to codzienna walka z Niem-cami wykonującymi tylko ,,polecenia”, wal-ka ze samym sobą, aby wytrzymać, aby dać radę; myśl, że każdy dzień mógł ozna-czać dla nas śmierć, czasem niósł nadzieję końca męczarni. [...] Codzienne modlitwy do Boga – taka była codzienność w obozie koncentracyjnym. […] Po kilku latach wró-ciłam tam, ale nie w roli więźnia, tylko odwiedzającego. Patrząc na każdy zakątek ziemi, wspominałam wydarzenia z nim związane, ludzi umierających na moich oczach, ale to były już tylko wspomnienia przeszłości. Historia to fundament budujący naszą przyszłość. Buduje ją każdy, nawet my, młodzi, żyjący w XXI wieku. Wśród nas jest wiele osób z pięknym dorobkiem wspom-nień. Czasami ich nie zauważamy, a mogą to być nasi najbliżsi – pradziadkowie, dzia-dkowie, a czasami rodzice z doświadcze-niem czasów PRL w Polsce – to także nasza historia. Patrycja Kowalska Wywiad z reżyserkami etiudy filmowej „Ojciec i syn”: Aleksandrą Kościelną i Wiolettą Kilian
- Co skłoniło Was do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu? Mielecka retrospektywa VIII Festiwalu „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”. Tutaj się to wszystko zaczęło, przyszłyśmy tam z innymi uczniami naszego liceum. Miałyśmy okazję przepro-wadzić wywiad z Panem Marianem Rzeszutkiem - świadkiem historii. Pan Ma-rian, mimo że był bardzo zamknięty i niechętnie o-powiadał tę historię, otwo-rzył się przed nami i przy-bliżył nam wydarzenia, które miały miejsce w
ZSE Krzyk

pobliskiej miejscowości. Wywiad, który przeprowa-dziłyśmy, stanowił dobrą podstawę filmu, wtedy też dostałyśmy propozycję zre-alizowania go. Obok takiej propozycji nie mogłyśmy przejść obojętnie, podjęły-śmy ostateczną decyzję – nagrywamy film. - Czy same układałyście scenariusz filmu? Ogromny wkład w scena-riusz miał Pan Romuald Rzeszutek, znał doskonale historię, o której opowiadał jego Ojciec – Pan Marian. Dzięki temu mogłyśmy przystąpić do pisania sce-nariusza i wiedziałyśmy, że nie pominiemy żadnego szczegółu. Pan Romuald cały czas czuwał nad pisa-niem scenariusza, później nad produkcją. Warto też podkreślić, że nasze nau-czycielki z I LO nieustan-nie wspierały nas w całej realizacji. - Skąd pomysł na reali - zację tematu dotyczą-cego Żołnierzy Wyklę-tych z Ostrów Tuszow-skich? Żołnierze Wyklęci nie są jeszcze odpowiednio moc-no wpisani w naszą pamięć narodową. Dlatego chcia-łyśmy podjąć działania, które miały przypomnieć o naszych lokalnych bohate-rach. Z historii Pana Maria-na dowiedziałyśmy się o tych ludziach, jest ich mnóstwo!

ZSE Krzyk

Zdecydowałyśmy się przybliżyć postać ma-jora Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapo-ra”. Mimo że jego osiągnięcia budzą po-dziw, był tak mało znany, a przecież jest bohaterem z tych okolic. Mamy nadzieję, że dzięki temu chociaż najmniejsze grono ludzi mogło go poznać. - Jak długo trwało kręcenie filmu? Był to czas intensywnej pracy naszej, ale także wszystkich ludzi, którzy zdecydowali się nam pomóc. Same zdjęcia do filmu trwały dwa dni. Później trzeba było wszy-stko odpowiednio zmontować, żeby two-rzyło spójną całość. Doprowadzenie filmu do ostatecznej postaci trwało ok. 2 tygod-ni. - W jakich miejscach są kręcone uję-cia? Ujęcia nagrywaliśmy w Ostrowach Tuszo-wskich i pobliskim Toporowie. To właśnie tam miały miejsce wydarzenia, które przy-bliżyłyśmy w filmie. Mimo że wiele się tam pozmieniało od tych czasów, oddawały one charakter tej historii i pozwoliły jeszcze bardziej odczuć jej powagę. - Czy dużo osób było zaangażowanych w ten projekt? Oczywiście. Pierwszorzędną rolę odgrywają tu nasi znajomi i przyjaciel, którzy poświę-cili swój czas, aby móc dotrzeć na nagra-nia. To przede wszystkim młodych ludzi starałyśmy się ,,zarazić” pasją do kultywo-wania pamięci o Żołnierzach Wyklętych, gdyż taka jest idea projektu ,,MdH”. Jed-nakże ogromny udział w tym projekcie ma Grupa Rekonstrukcyjna im. Wojciecha Lisa oraz Klub historyczny ,,Prawda i Pamięć”. - Współpracowali z Wami rówieśnicy? Tak. Jak już wspomniałam, to młodzi, energiczni ludzie z naszego liceum, ale również z innych szkół powiatu mieleckiego wykazali się dużą aktywnością, biorąc udział w nagraniach. - Kiedy dowiedziałyście się, że Wasza produkcja będzie walczyła o pierwsze miejsce? Tę świadomość miałyśmy już na wakac-jach, w momencie uzyskania informacji, że nasza produkcja została wyłoniona spośród wielu nadesłanych prac do głównej części festiwalu. - Co możecie powiedzieć o wizycie w Gdyni? To przepiękne miasto, które zachwyca Cen-trum Filmowym i Teatrem Muzycznym, w których odbył się sam Festiwal NNW. Mia-łyśmy to szczęście, że nasz hotel znajdo-wał się ok. 100m od morza, co było dla nas dodatkową atrakcją, choć nasz czas przede wszystkim był wypełniony różnymi atrak-cjami projektu ,,Młodzi dla Historii”. - Czy chcecie rozwijać się dalej w kie-runku reżyserii? I czy planujecie u-dział w kolejnych odsłonach Festi-walu Niepokorni Niezłomni Wyklęci? To przedsięwzięcie było dla nas ogromnym wyzwaniem, gdyż po raz pierwszy wcieliły-śmy się w rolę reżyserek, a zarazem sce-narzystek. Jest to dla nas niesamowite doś-wiadczenie, które mamy nadzieję zaowo-cuje w przyszłości, ale czy właśnie temu poświęcimy całe nasz życie – trudno po-wiedzieć. Na pewno w naszych głowach snują się już różne pomysły dotyczące ko-lejnych filmów, lecz dopiero czas pokaże, czy natłok innych obowiązków i nauki poz-woli wcielić w życie nasze plany i marzenia związane z kolejnymi filmami. - Co chciałybyście przekazać młodzieży „ekonomika”? Czy powinna angażować się w takie akcje? Jak ją zachęcić? Odważcie się zaryzykować! Sukces czeka na każdego, kto tylko ma odwagę, aby zaangażować na 100% i poświęcić swój czas dla dobra innych – mówi Wiola. Pierwszoklasiści na lekcjach w muzeum

ZSE Krzyk

Myślę, że obowiązkiem no-wych pokoleń jest dbanie o historię naszych przodków. Poprzez popularyzację wą-tku Żołnierzy Wyklętych, który przedstawia nad wy-raz aktualną historię, udało nam się nie tylko zdziałać wiele dobrego w tej dzie-dzinie, ale także wynieść I LO na wyżyny ogólnokra-jowe (taki status ma fes-tiwal NNW). Sądzę, że każ-dy młody człowiek, który jest patriotą, znajduje spe-łnienie w kinematografii i ma w głowie pomysł, jest gotowy na przelanie włas-nych myśli w czyn – doda-je Ola. Rozmawiała Natalia Kłoda Na mieleckiej projekcji filmu "Ojciec i syn" w SCK obecni byli uczniowie klasy I b T. Uczniowie klas pierw-szych już dwukrotnie brali udział w lekcjach muzeal-nych prowadzonych dla młodzieży ze szkół powiatu mieleckiego przez Muzeum Regionalne "Jadernówka". Wraz z opiekunem, panią Bożeną Switek, chętnie wysłuchali wykładu histo-ryka, który opowiadał o historii Centralnego Okrę-gu Przemysłowego na te-renie Mielca i o zmianach, które nastąpiły na tym te-renie po I wojnie świato-wej. Na przykładzie poka-zanych zdjęć udowodnił, że w przeciągu kilku lat Mielec stał się innym mias-tem, na zupełnie innym poziomie rozwoju. Opowiadał również o odro-dzeniu się Polski w dwu-dziestoleciu międzywojen-nym i o tym, jak nasi roda-cy walczyli o niepodleg-łość. Uczniowie dowiedzieli się, jak zabory wpłynęły na nasz kraj, kulturę, język, walutę oraz rozwój. Lekcje muzealne były nie-co innym sposobem nau-czania historii niż ten w szkolnych ławkach, dlatego wszyscy z zainteresowa-niem w nich uczestniczyli. Warto wiedzieć! August Jaderny - słynny fotograf objazdowy, który po przyjeździe do Mielca osiedlił się tu na stałe. Wybudował dom wraz z zakładem fotograficznym, który później stał się mu-zeum o nazwie ,,Jader-nówka”. Na początku peł-niło funkcję Muzeum Re-gionalnego. Dzisiaj znaj-duje się tam stała wysta-wa fotografii i sprzętu fo-tograficznego Augusta i Wiktora Jadernych. Kolek-cja ta jest jedną z najwięk-szych w Polsce. Emilia Kapinos Rozmowa z panią Walentyną Rowbiel,
nauczycielką języka niemieckiego w naszej szkole
ZSE Krzyk

- Skąd Pani pochodzi? Pochodzę z Kazachstanu. - Jak długo jest Pani w Polsce? 4 grudnia minie 1,5 roku, odkąd tu zamie-szkałam. - Jak się Pani tutaj czuje? Czuję się tutaj jak u siebie w domu. Jest mi bardzo miło, że mielczanie przyjęli mnie z wielkim entuzjazmem i wyrozumiałością. Dziękuję im bardzo za wsparcie i pomoc w odnalezieniu się w obcym kraju. - Dużo czasu zajęła Pani nauka języka polskiego? Tak. Jak przyjechałam do Polski, teoretyy-cznie nie umiałam języka. Pomogli mi się go nauczyć uczniowie w szkole, w której pracowałam. Było mi bardzo miło. Pod-szkolenie z języka polskiego zawdzięczam nie tylko młodzieży, ale także ludziom mie-szkającym w Mielcu i nauczycielce, z którą pracowałam. Jestem im bardzo wdzięczna. - Iloma językami Pani operuje? Rosyjskim, niemieckim, angielskim i polskim. - Skąd wziął się pomysł na nauczanie języka niemieckiego? Pomysł wziął się ze szkoły podstawowej. Język niemiecki bardzo mi się podobał, gdyż na północy Kazachstanu znajdowała się średniej wielkości wioska, w której mie-szkali Polacy i Niemcy. Bardzo mnie to inte-resowało. Chciałam się uczyć języka pol-skiego, lecz nie miałam takiej możliwości. Z tego, co mi wiadomo, teraz już jest tam ta-ka możliwość. Miałam też koleżankę Niem-kę, z którą poszłam na studia. Swoją przy-godę z językiem polskim na nowo zaczę-łam po studiach. - Którego języka uczyła się Pani dłużej: niemieckiego czy polskiego? Dłużej uczyłam się języka polskiego. Był on dla mnie trudniejszy niż niemiecki, choć nie poddawałam się i uczyłam się dalej. - Jak długo pracuje Pani w zawodzie nauczyciela? Kiedy odkryła Pani po-wołanie do tego zawodu? Pracuję już 25 lat. Od najmłodszych lat chciałam uczyć. Podoba mi się praca z młodzieżą, ponieważ dobrze się z nią do-gaduję. W szkole, w której uczyłam na po-czątku, brak znajomości języka polskiego nie przeszkodził mi w kontaktach z nasto-latkami. - Jak podoba się Pani w naszej szkole? Bardzo mi się podoba. Cieszy mnie praca w tej szkole, ponieważ uważam, że ucznio-wie i grono pedagogiczne wprowadzają tu wysoki poziom nauczania i nieskazitelnie przyjazną atmosferę. - Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Dagmara Jaźwiec

ZSE Krzyk Natalia Miłaszewicz, III c T Marilyn Monroe

- Proszę, przyniosłam panu herbatę - powiedziała Stella, kładąc na moje biurko filiżankę. - Dziękuję - odpowiadam i znów odwracam się do okna. Jest już ósma, a jej nadal nie ma. Codziennie idzie do mia-sta punktualnie o 7.50. Może jest chora albo ma urlop? - Panie Cooper, pan Hofstadter do pana przyszedł, jest bardzo zdenerwowany. - Niech wejdzie - odparłem. Do gabinetu wszedł, a właściwie wpadł zdenerwowany Hofstadter. - Panie Andrew, niech pan jedzie ze mną! - Co się stało?! - Zobaczy pan na miejscu. Szybko! Hofstadter chce iść do swojego samochodu, ale proponuję, żebym to ja prowadził. Lepiej żeby nie wsiadał za kierow-nicę w takim stanie. - Niech pan jedzie do domu Wilsonów. Szybko! Szybko! - Niech się pan uspokoi - odpowiadam poirytowany jego zachowaniem. Dojechaliśmy na miejsce. Od razu, gdy wchodzę do domu, robi mi się słabo i niedobrze. W powietrzu czuć krew. Czuć ją tak bardzo, że mam metaliczny posmak w ustach. Jest wszędzie. Na ścianach, meblach, podłodze. Jestem przera-żony i zaczynam się bać. Hofstadter prowadzi mnie do ku-chni, w której leży poćwiartowana pani Wilson. Cholera! Zbiera mi się na wymioty. Wychodzę na chwilę przed dom. Hofstadter idzie za mną. - Dlaczego przyszedł pan od razu do mnie zamiast zadzwo-nić na policję? - Bałem się, że będą mnie podejrzewać - odpowiada drżą-cym głosem.- Niech pan zadzwoni! Hofstadter to taki okoliczny świr. Mieszka obok Wilsonów. Leczy się psychiatrycznie. Nie jest groźny ani nikomu nie robi krzywdy. Przeciwnie. Jest bardzo lubiany przez miesz-kańców okolicy. Chętnie wszystkim pomaga, dla każdego jest miły. Nie rozumiem, dlaczego ktoś mógłby go podej-rzewać. Sam nie wierzę, że byłby zdolny do czegoś takie-go. Wyciągam telefon i dzwonię na policję. Przedstawiam im sytuację. Zaraz tu będą. - No ale niech pan zobaczy jeszcze inne pomieszczenia! - krzyczy. Ma rację. Co ze mnie za detektyw? Idę do salonu. Pod stołem znalazłem głowę pana Wilsona. Kto to zrobił?! To nie jest normalne. Tego nie mógł zrobić człowiek. Resz-

ZSE Krzyk

ta ciała leży na łóżku w sypialni razem z kotem, równie zmasakrowanym jak jego właściciele. Nigdy czegoś takiego nie wi-działem. To na pewno nie jest skutek zem-sty. To skutek wolności psychopatów. Sta-ram się zachować spokój. W mojej pracy nie mogę sobie pozwolić, by wyprowadzo-no mnie z równowagi. Jednak takie widoki nie są codziennością, nawet dla najlepsze-go śledczego. - Policja zaraz będzie - mówię do Hofstad-tera, który stoi na tarasie. Widzę, że mu słabo i wcale się nie dziwię. Chcę mu po-dać szklankę wody, ale ten na sygnał po-licyjnego koguta, ucieka. Dziwne, ale wciąż nie chcę go podejrzewać. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Niby jest świrem, ale wątpię, by był zdolny do czegoś takiego. Opowiadam wszystko policji. Zbieramy wszystkie ślady, przesłuchujemy kilku są-siadów, lecz ci nic nie wiedzieli, nikt nic nie słyszał. Sprawa godna ekranizacji. Zrobiłem się głodny, postanawiam wrócić do biura. Idąc w stronę samochodu, zau-ważam kobietę przepychającą się z jakimś mężczyzną. Podchodzę więc. Jednak oby-dwoje na mój widok uciekają w różne strony, więc rezygnuję z pogoni za nimi. Naprawdę, zachowanie ludzi nigdy nie przestanie mnie intrygować, każdy jest dziwny na swój sposób. Przepychanka nie wyglądała bardzo groźnie, postanawiam to zignorować. Po drodze do biura podjeżdżam do restau-racji Patricka na obiad. Kiedy wróciłem, Stella już poszła do domu. Sporządzam je-szcze kilka protokołów dla prokuratury, które odwlekałem kilka tygodni. Nie chcę obciążać nimi Stelli. Pracuje u mnie od nie-dawna i wiem, że nie powinienem jeszcze powierzać jej odpowiedzialnych zadań. Wracam do domu. Padam z nóg. Myślę tylko o gorącej kąpieli i ciepłym łóżku. Mi-mo że jest lato, to lubię gorące kąpiele i grube pierzyny. Szykuję kąpiel, a w mię-dzyczasie jem zimną pizzę i sprzątam ku-chnię. Najbardziej w mieszkaniu nie lubię bałaganu. Wchodząc do wanny, myślę nad dzisiejszym dniem, o tym, ilu dziwnych lu-dzi mnie otacza. Analizuję zachowanie Hof-stadtera. Niby jest dobry, jednak coś mi mówi, że nie do końca mogę mu ufać. Właściwie to nikomu nie mogę ufać. Ludz-ka psychika jest zawodna i nawet ci naj-pewniejsi okazują się być tymi najgorsz-ymi. Kładę się do łóżka. Nawet nie chce mi się otwierać książki. Po prostu chcę spać. Na-gle dzwoni telefon. Cholera! Mogłem zostać fryzjerem, miałbym przynajmniej spokój wieczorami i nie zabierał pracy do domu. Odbieram i słyszę męski głos. - Dobry wieczór, przepraszam, że tak póź-no, ale to naprawdę pilne - mówi. Ten głos mnie tak uspokaja i usypia, że nawet nie bardzo wiem, co powiedział. - Proszę mówić, skoro i tak już mnie pan obudził. - Moja żona od wczoraj nie wróciła z pracy. Wyszła normalnie rano, jak zawsze. Nie mogę się do niej dodzwonić, Nie ma jej u żadnej koleżanki. Nie mogę spać. Nie usnę, jeżeli nie usłyszę od pana, że zajmie się pan moją sprawą. Błagam. Martwię się. - Proszę przyjść rano do mojego biura na Kennedy’ego 26 - rozłączam się. Przychodzę spóźniony do biura. Ciężko mi było dzisiaj podnieść się z łóżka. Stella cze-ka już na mnie z herbatą i ciastkami. To moja najlepsza dotychczas asystentka. W dodatku jest młoda, ładna i zawsze uśmie-chnięta, co nadaje kolorów w moim sza-rym, nudnym biurze. Witam się z nią i za-mykam się w swoim pokoju, nie podchodzę do okna, bo jest już po ósmej, więc na pe-wno jej nie zobaczę. - Panie Cooper, jakiś mężczyzna do pana przyszedł, twierdzi, że jest umówiony.

ZSE Krzyk

Do biura wchodzi niewysoki, dobrze zbudo-wany mężczyzna. Ma ciemną karnację, kró-tko ścięte włosy i kilkudniowy zarost. Jest dobrze ubrany i bardzo poważny. - Dzień dobry, to ja do pana wczoraj dzwoniłem. - Witam pana, proszę usiąść - podaję mu rękę i wskazuję na fotel. - Może zaczniemy od początku. Niech pan wszystko opowie. - Nazywam się Conrad Warhol. Przedwczo-raj moja żona wyszła przed ósmą jak co dzień do pracy. Zachowywała się normal-nie. Wstała rano, zjedliśmy razem śniada-nie. Wszystko jak zawsze. - Dzwonił pan do szefa? Była w ten dzień w pracy? - Próbowałem, ale cały czas odzywa się automatyczna sekretarka. Podam panu adres przychodni, ja nie mam czasu, żeby tam pojechać, a panu może to dać jakiś trop. - A ma pan może zdjęcie żony? Kiedy Warhol wyciągnął zdjęcie żony, za-marłem. To była ona. To na nią czekam codziennie przy oknie punktualnie o 7.50. Podziwiam ją od tak dawna, że stała się częścią mojego życia. Uwielbiam jej roz-kołysany chód, jej biodra wtedy się tak kołyszą. Kręcone blond włosy falują na wietrze. - Proszę podać wszystkie dane żony. Kon-takty do przyjaciół, rodziny, pracy. Ewen-tualnych podejrzanych według pana. Isabel MarantWarhol. Urodzona 26 lipca 1989 roku w Raleigh. Chirurg plastyczny. Pracuje w pobliskim szpitalu, co miesiąc wyjeżdża na delegacje do Raleigh. Bez-dzietna mężatka. Warhol zostawił mi bardzo niewiele kon-taktów do bliskich, bo tylko dwie przyja-ciółki i jakąś ciotkę. To będzie ciężkie śle-dztwo, ale obiecałem sobie, że ją znajdę. Nie dla pieniędzy, nie dla jej męża. Chcę ją zobaczyć z bliska, spojrzeć w oczy, przedstawić się, usłyszeć jej głos. Cholera! Mam obsesję na jej punkcie. Oszalałem. Wstukuję w nawigację adres Lydii Grae-don, ciotki Isabel. Jadę do niej jako pierw-szej, bo, znając życie, od niej dowiem się najwięcej. Wszystkie ciotki są wścibskie i wtykają nosy w nieswoje sprawy. Staję przed niedużym ceglanym domem. Ogródek jest pełen kwiatów, a na podwór-ku nieproszonych gości witają dwa pitbulle. Dość nietypowa rasa jak na kobietę w po-deszłym wieku. Wszystkie mają albo jam-niki, albo yorki, albo masę kotów. Pukam do drzwi. Otwiera mi niska, nieco korpu-lentna starsza pani. Gestem zaprasza mnie do środka. Idę więc za nią. Pokazuje mi ręką na krzesło. Siadam. Panuje kompletna cisza. Domyślam się, że jest głuchoniema. Kobieta jednak wstaje - No proszę pytać. Przecież nie będę tutaj z panem siedzieć do jutra - rzuciła oschle. Wie, po co tu jestem, ponieważ wytłuma-czyłem jej wcześniej wszystko przez tele-fon, wtedy wydawała się nieco milsza. - Kiedy ostatnio widziała się pani z Isabel? - przechodzę od razu do rzeczy, bo wiem, że ta rozmowa nie zalicza się do najmil-szych i chcę ją skończyć jak najszybciej się da. - Pół roku temu w święta Bożego Narodze-nia. Nie utrzymujemy stałego kontaktu. Odwiedza mnie w święta raczej z obowiąz-ku niż przyjemności. Nie przepadamy za sobą. - Rozumiem - dlaczego mnie to nie dziwi? Nigdy nie spotkałem tak oschłej kobiety. - Nie mówiła nigdy pani, że ma jakieś pro-blemy? Jak wygląda jej małżeństwo? - Isabel wyszła za mąż cztery lata temu. Od zawsze byli dla siebie tak czuli, że się niedobrze robiło. Nie, nie narzekała nigdy na nic. Zresztą co ja panu pomogę, zagi-nęła kilka dni temu, a ja z nią nie rozma-wiałam pół roku - zmarszczyła brwi.

ZSE Krzyk

Myliłem się. Przejechałem 67 km po to, by odbyć nie dość, że nieprzyjemną to jeszcze nic nie wnoszącą do sprawy rozmowę. Je-dynie tyle, że mogę wykluczyć męża z gro-na podejrzanych. W takich śledztwach zaz-wyczaj partnerzy znajdują się w tym kręgu. W tym przypadku (choć nie do końca, bo przecież mogli tylko udawać takich szczęśli-wych) mogę go oczyścić. - No dobrze, a jacyś inni krewni? - Zostałam tylko ja. Rodzice zginęli w wy-padku. Jej ojciec nie miał rodzeństwa, a ja jestem jedyną siostrą jej matki. - No cóż. Dziękuję pani bardzo, niestety, muszę już jechać zbierać kolejne informa-cje. Ciotka bez słowa odprowadziła mnie do drzwi. Dziwne. Zwykle bliscy proszą o kon-takt w sprawie postępów w śledztwie. Wracam. Tymczasem dzwoni do mnie ko-misarz Mankell. - Sprawdziłem ten telefon. Ostatnio korzy-stano z niego przedwczoraj o 10.06 z dom-ków letniskowych nad naszym jeziorem - mówi i od razu się rozłącza. Dziwne. O 8.00 wyszła do pracy, a o 10.00 była już nad jeziorem. Po co? Zawracam więc i jadę nad jezioro. Wszystkie domki stoją puste i zamknięte. Mimo pięknej pogody rzadko trafia się ktoś, kto chciałby wynająć jeden z tych domków. Znudzony i sceptycznie nastawiony kieruję się sprawdzić ostatni domek. Otwarty! Pu-kam więc. Otwiera mi młody wysoki, szczu-pły mężczyzna w samych spodenkach. - O co chodzi? - pyta zdziwiony i nieco skrępowany, prawdopodobnie swoim stro-jem. - Nazywam się Andrew Cooper, jestem de-tektywem śledczym. Prowadzę sprawę za-ginięcia Isabel Marant. Mógłbym zadać kil-ka pytań? - pytam trochę rozbawiony jego tremą. Mężczyzna zaprasza mnie do środ-ka. Wchodzę do jedynego pomieszczenia, w którym siedzi, jak się domyślam, jego żona i czwórka dzieci, trzech chłopców i dziewczynka. Siadam na kanapie obok ko-biety. - Widzieli tu może państwo przedwczoraj pewną kobietę? Niewysoka, szczupła blon-dynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę i buty na obcasach - opisuję jej ubiór z pa-mięci, pamiętam bowiem, jak rano szła obok mojego biura. - Yyy…- mężczyzna niezdarnie próbuje za-cząć. Przerywa mu jednak żona. - Przykro mi, nikogo takiego nie widzieliś-my. Jesteśmy tutaj na wakacjach. Wolała-bym odpocząć niż martwić się jakąś kobie-tą. Kiedy mężczyzna odprowadza mnie do drzwi, ściska mi rękę i mówi: - Przepraszam za żonę, od jakiegoś czasu jest bardzo nerwowa. Mamy trochę pro-blemów - rozumiem go. Kieruję się do sa-mochodu, rozglądając się jeszcze za jaki-miś śladami, jednak nic nie zwróciło mojej uwagi. Pojechałem na osiedle, gdzie mieszkają Wilsonowie, żeby znaleźć jakichś świadków i jakieś ślady. Pod domem zauważam Martina, kolegę z czasów szkolnych. Widzi mnie i macha ręką. Podchodzę bliżej. - Kopę lat! Co tam, Ad? - pyta z ogromnym uśmiechem. Nic się nie zmienił. Zawsze był wesoły. Już w szkole nic nigdy nie potrafiło wyprowadzić go z równowagi. Też ma swo-ją agencję detektywistyczną. Z tą różnicą, że jest znany w całej Karolinie i ma biuro w Raleigh i oprócz siebie ma jeszcze zatrud-nionych kilku dobrych detektywów, a ja jestem okolicznym wykrywaczem skradzio-nych portfeli. Zawsze był lepszy ode mnie. Domyślam się, że przejął tę sprawę. - Cześć, Mat. Przyjechałem sprawdzić, co się tutaj dzieje, ale widzę, że ktoś mnie odciążył - mówię z uśmiechem. Nie jestem zły. Rozumiem. To zbyt poważna sprawa,

ZSE Krzyk

żeby prowadził to jedyny okoliczny detek-tyw. - Tak, dziwna sprawa. Znałeś to małżeńs-two? - Bardzo spokojni ludzie. Nigdy nikomu nie zrobili krzywdy. Nawet nie mogę się domy-ślić, komu mogliby tak podpaść. - Jakiś świr. Nikomu nie podpadli. To nie jest zbrodnia dokonana z nienawiści czy zazdrości. Trzeba działać szybko, zanim zdąży do kolejnych ofiar - mimo powagi sytuacji, mówi to z uśmiechem. - Ja, nie-stety, muszę się z tobą pożegnać. Mam je-szcze w mieście kilka spraw do załatwienia. - W porządku. Zajrzyj kiedyś w wolnej chwili do mnie, pogadamy. A jak będziesz wiedział więcej o Wilsonach, bardzo pro-szę, dzwoń. - Trzymaj się, Ad! - żegna się i odjeżdża. Po drodze do domu postanawiam odwie-dzić jeszcze jedną z przyjaciółek Isabel, Hannah. Zadzwoniłem do niej, by wytłu-maczyć cel odwiedzin. Kiedy do niej przyjechałem, płakała. Opo-wiadała, że Isabel nigdy nikomu nie wcho-dzi w drogę, zawsze jest pogodna i pomoc-na. - Każdy ją lubi. Isa jest raczej typem sa-motnika, nigdy nie szukała żadnych sporów z nikim. Jedynie ostatnio pokłóciła się z Donatellą. Kiedyś przyjaźniłyśmy się w trójkę, ale od ponad roku ja z Don nie roz-mawiamy. Klasycznie poszło nam o faceta. - Dlaczego Isabel z Donatellą się pokłóciły? - Isa zaczęła podejrzewać ją o romans z Conradem. I to w sumie było bardzo pra-wdopodobne. Znam Don i wiem, że byłaby do tego zdolna. Z Conradem też się o to kłócili - opowiadała ze smutkiem. - Są ide-alną parą, mam nadzieję, że to wszystko się wyjaśni. - Dziękuję pani bardzo. Niestety, muszę jechać. - Do widzenia. Typowa sprawa zaginięcia żony. Dowiaduje się o romansie męża, a ten razem z kocha-nką chcą za wszelką cenę pozbyć się pro-blemu. Jadę więc do Donatelli Steward. Mimo późnej pory, nie chcę tego odkładać na jutro. Nagle dzwoni telefon. - Andrew, słuchaj! Dowiedziałem się, że Warhol nie była w pracy od ponad dwóch tygodni - odzywa się Mankell. - Jak to nie była? Codziennie do przed-wczoraj wychodziła rano i wracała w połu-dnie jak z pracy. - A jednak. Ale nie wszystko! Godzinę temu jakaś kobieta dzwoniła z jej telefonu pod nieznany numer z domków letniskowych - Mankell puścił mi nagranie z rozmowy. Rozpoznaję ten głos. To ta nerwowa ko-bieta! - Przyślij mi tam ludzi, bo wiem, kto to. Niech będą w pobliżu w razie wypadku. Docieram na miejsce. W drodze dzwoniłem do Warhola, żeby przyjechał. Jednak do domku idę sam. Pukam. Tym razem otwiera mi jego żona. - Dlaczego znowu pan nas nachodzi? Mam zadzwonić na policję? - A ja mam zadzwonić? - Słucham?! Niby dlaczego? - pyta zdruzgo-tana. Wyciągam telefon i wybieram numer Isabel. Słyszę, jak telefon wibruje w jej kieszeni. - Dlatego – odpowiadam, pokazując wybra-ny przeze mnie numer. Kobieta zamarła. W końcu wychodzi z łazienki mężczyzna i mó-wi: - Przyznaj się, Alex. Już i tak na pewno wszystko wie. Wchodzę do środka. Dzwoni do mnie Mar-tin, ale odrzucam połączenie. Kobieta siada na krześle i zaczyna płakać. - Chciałam ratować nasze małżeństwo! Ta cała Isabel była w ciąży z Nicolasem. Chciał mnie dla niej zostawić. Chciałam ich namówić na aborcję. Musiałam temu

ZSE Krzyk

zapobiec. Ja nie mogę sama wychowywać dzieci! - Jak się pani o tym dowiedziała? - Dwa tygodnie temu przyszła tutaj i mi powiedziała. Potem rzekomo jeździli razem szukać lekarza, który mógłby usunąć ciążę, ale ja wiedziałam, że planowali ucieczkę. W końcu zaczęłam go śledzić. Jak już wiedzia-łam, gdzie się codziennie spotykają, przed-wczoraj pojechałam tam przed nim. Chcia-łam z nią tylko porozmawiać, przemówić jej do rozsądku. - I co się stało? - Zaczęłyśmy się przepychać. Ona upadła na kamień. Nie oddychała. Jak przyjechał Nicolas, było już za późno żeby ją ratować. Postanowiliśmy zakopać ją w lesie - kobie-ta nagle wstaje. - Przepraszam, muszę do łazienki. Mija 20 minut, a kobieta nadal siedzi w ła-zience. Normalnie bym podejrzewał, że uciekła, ale w oknach są kraty. Postanawiam wejść do łazienki. Cholera! Jak ja mogłem do tego dopuścić? W wan-nie pełnej wody leży porażona prądem ko-bieta. Wrzuciła podłączoną do prądu su-szarkę. Do domku weszła już policja. Wychodzę, by wszystko na spokojnie opowiedzieć Conradowi. Wpadł w szał. Kiedy policja wyprowadzała Nicolasa, rzucił się na niego, zaczęli się bić. Rozdzieliliśmy ich. Prowadzę Conrada do samochodu, jedno-cześnie dzwoniąc po pogotowie. Odwiozłem Conrada do domu. Zrobiłem mu herbatę i poczekałem aż przyjedzie Hannah. Nie chciałem go zostawiać same-go, był w fatalnym stanie. Zresztą mi też nie było z tym lekko. Mimo że w ogóle jej nie znałem, była mi bliska. Wracając do domu, postanawiam oddzwo-nić do Martina. - Cześć, Mat. Co tam? - Znasz Johna Hofstadtera? - Znam. - Przyznał się. Jednak nie mieliśmy na nie-go żadnych dowodów, a jego zeznania kompletnie nie zgrywały się z naszym śle-dztwem. - No i co? - Okazało się, że kryje swoją dziewczynę, Dannę Karan. Poznał ją w szpitalu psychia-trycznym. Wściekła się na Wilsonów, gdy ci zadzwonili na policję, gdy biła jakąś dziew-czynę na ulicy. Dotychczas uznaliśmy, że w chwili popełnienia zbrodni była niepoczy-talna - opowiada. - Szczegóły ci opowiem, jak się spotkamy. Muszę kończyć, trzymaj się! - rozłącza się. Nawet nie wiedziałem, że John ma dziewczynę. Ulżyło mi, że to nie on, szkoda tylko, że krył sprawcę, bę-dzie miał przez to problemy. Po kilku dniach znaleźliśmy zakopaną Isa-bel. Po powrocie do domu płakałem jak dziecko. Myślę o tym, że już nigdy nie będę jej podziwiać z rana. Była idealna. Platyno-we, falujące się, lśniące włosy. Niczego jej nie brakowało. Krągłe, rozkołysane cho-dem biodra. Perfekcyjna sama w sobie. Ku jej pamięci stawiam na stoliku nocnym fo-tografię Marilyn Monroe, którą mi tak bar-dzo przypomina. Opowiadanie zostało napisane w ramach projektu czytelniczego dla klas trzecich technikum - "Polubić czytanie". Fragmenty prezentacji wykonanych w związku z projektem "Polubić czytanie"
Katarzyna Bonda Profiler Katarzyna Bonda urodziła się 26 sierp-nia 1977 r. w Białymstoku, polska dziennikarka i scenarzystka białorus-kiego pochodzenia, pisarka, autorka bestsellerowych powieści kryminalnych
ZSE Krzyk

Profiler - policyjny psycholog śled-czy, osoba, która na podstawie ana-lizy miejsca zbrodni lub życia ofiary tworzy portret psychologiczny spraw-cy. Potrafi określić wiek, wygląd, umiejętności, a nawet zawód mor-dercy. Tego typu ekspertów jest w Polsce niewielu. Polskich profilerów odkryła i spopula-ryzowała autorka powieści kryminal-nych Katarzyna Bonda. Wprowadziła ona do polskiej literatury oraz pop-kultury nowy typ bohatera, jakim jest profiler śledczy. Pierwowzorem dla autorki był pierwszy i najlepszy taki specjalista w Polsce – Bogdan Lach. Ten typ bohatera okazał się doskonały w powieściach kryminal-nych i umożliwił prowadzenie literac-kiego śledztwa zupełnie nowymi to-rami. PROFILER: Bogdan Lach - ,,Zbrodnia Niedoskonała” (Katarzyna Bonda) W tej książce nie ma fikcji. Wszystkie przywołane sprawy oparte są na autentycznych wydarzeniach. W tej pozycji wyjaśniono, na czym polega profilowanie, jaka jest historia tej młodej w Polsce metody badawczej. Autorzy przedstawiają etapy tworze-nia portretu psychologicznego niezna-nego sprawcy w taki sposób, aby czy-telnik sam mógł spróbować rozwikłać sprawę. Joanna Kusek, III a T CYBERSTALKING
Cyberstalking to celowe i cykliczne prześladowanie kogoś, nagabywanie, złoś-liwe lub ośmieszające, któ-re zagraża bezpieczeństwu danej osoby.
ZSE Krzyk

Cyberstalker potrafi wpro-wadzić swoją ofiarę w po-czucie nieustannego osa-czenia. Nie ogranicza się do przemocy psychicznej drogą wirtualną. Nie musi kontaktować się z ofiarą bezpośrednio – wystarczy, że będzie rozprzestrzeniał kompromitujące grafiki lub podszywał się pod nią. W ten sposób odbiera prze-śladowanej jednostce au-tonomię, godność, wyco-fuje ją z życia online. Do-prowadza do izolacji, burzy życie prywatne i zawodo-we, rozrywa więzi między-ludzkie. Rodzaje cyberstalkingu: 1) Prześladowanie za po-średnictwem poczty ele-ktronicznej - przesyłanie maili wbrew woli ofiary, tak zwanego spamu, - rozsyłanie maili z konta ofiary, bez jej zgody, bądź uniemożliwienie ofierze ko-rzystania z poczty elektro-nicznej. 2) Prześladowanie w sieci - rozpowszechnianie w wirtualu oszczerstw pod adresem ofiary, jej zdjęć, - podszywanie się pod prześladowaną osobę na portalach społecznościo-wych, czatach, - przesyłanie wiadomości, obraźliwych komentarzy oraz tak zwanego spamu. 3) Prześladowanie przy użyciu komputera ofiary - nanoszenie wirusów, - instalowanie programów szpiegujących, - niszczenie danych z twardego dysku. Co zrobić, jeśli padniesz ofiarą stalkera? - nie kasuj żadnych wiado-mości online od stalkera, - jeżeli znasz stalkera oso-biście nie prowokuj tej osoby, - nie proś o nic wirtualne-go agresora, - dowiedz się, jak spraw-dzić, czy masz program szpiegowski na kompute-rze, - nie reaguj na przemoc przemocą, - nie zwlekaj z zawiado-mieniem policji o cybers-talkingu. Patrycja Zięba, III c T 22 listopada (w środę) uczniowie klasy II a T odwiedzili kręgielnię razem z wychowawczynią, panią Agnieszką Lorynowicz i nauczycielką wychowania fizycznego, panią Elżbietą Kukowską. Naszym zdaniem wszyscy dobrze się bawili.
Kręgle - dobry sposób na integrację i zabawę
ZSE Krzyk

Wspólnie spędziliśmy miłe chwile. Każdy, kto chciał, mógł zamówić so-bie coś do jedzenia i picia. Kilku oso-bom udało się zaliczyć strike’a. Jest to wynik uzyskany przez gracza, gdy strąci on wszystkie kule przy pierw-szym rzucie, w tabeli wyników ozna-czony X. Strike to 10 punktów, ale do tego wyniku dodajemy punkty zdoby-te w dwóch kolejnych rzutach. Jest to maksymalna liczba punktów do zdo-bycia w dwóch rzutach. Wyjątek sta-nowi ostatnia kolejka, w której, gdy zbijemy wszystkie kręgle w pierwszej próbie (strike), dostajemy 2 dodatko-we rzuty. Z kolei, gdy zbijemy 10 kręgli w dwóch rzutach (spare), otrzymujemy jeden dodatkowy rzut. Wspólnie spędzone dwie godziny w kręgielni były bardzo dobrym pomy-słem na wyjście klasowe. Mamy na-dzieję, że w przyszłości odbędą się podobne. Anna i Monika